• facebook
  • rss
  • Normalność może się udać

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 29/2012

    dodane 19.07.2012 00:45

    Resocjalizacja. – Ale czad! – wykrzykuje s. Michalina. Wygląda na to, że praca chłopaków z poprawczaka zrobiła na niej wrażenie.

    Zanim wyjechali na wakacyjny urlop do swoich domów, musieli powalczyć o odpowiednią średnią z zachowania, z warsztatów i ze szkoły, bo dopiero jeśli wychowawcy i nauczyciele uznają, że chłopak czyni postępy w resocjalizacji, wychowanek może cieszyć się przepustką. Upragniony smak wolności niemalże odurza każdego nastolatka zamkniętego w poprawczaku. Chłopak poddany rygorowi regulaminu, kontrolowany przez sztab ludzi, pozbawiony wolności dusi się za kratami. Klatka staje się przeklętą pułapką, w której albo zmarnuje siły na szamotanie i obijanie się o pręty, albo zauważy okna.

    Chłopaki – to naprawdę oni

    – Nie wiedziałyśmy, jak to będzie – mówią elżbietanki, które we Wleniu nad Bobrem prowadzą oddział rehabilitacyjny. – Propozycja była bardzo kusząca, jednak świadomość tego, że młodzi są z zakładu poprawczego, nie była bez znaczenia. Ostatecznie jednak zaufałyśmy ich wychowawcom, a podczas wizyty samego dyrektora placówki uzgodniliśmy z nim szczegóły i otrzymałyśmy potwierdzenie, że wychowankowie nie będą sprawiać kłopotów – relacjonują. Rzeczywistość przeszła oczekiwania. – Kultura bycia, dyskrecja i zaangażowanie w pracę dostrzegali nawet nasi pacjenci – zapewnia s. Michalina. – Oni nie wiedzieli, skąd są nasi goście, i bez wątpienia nigdy by się nie domyślili. Przez dwa tygodnie lipca 10 wychowanków świdnickiego poprawczaka najpierw pracowało przy skuwaniu tynków i oczyszczaniu budynku, który jest przygotowywany do dalszego remontu, a następnie porządkowało ogród, należący do elżbietańskiego szpitala.

    Wybór – całkiem oczywisty

    – Oczekiwanie na przepustkę jest bardzo męczące – mówi Janek, jeden z wychowanków z ekipy remontowej. – Lekcje zakończyliśmy jak wszyscy inni, 29 czerwca, ale do domów mogliśmy pojechać dopiero dwa tygodnie później. Jeśli mieliśmy wybór: albo siedzieć w zakładzie, albo pojechać do sióstr, to nie było wahania – wiadomo, że lepiej jest wyrwać się na wolność – podkreśla. Dominik z kolei chwali warunki zakwaterowania, jakie zapewniły im elżbietanki. – Jesteśmy tu z różnych grup na zakładzie, ale mimo to potrafimy się dogadać. Mieszkamy razem, siostry dobrze nas karmią i jest miło – mówi i prowadzi do sali, gdzie zostali zakwaterowani. – Chłopcy mieli mieszkać w pokojach, ale nalegaliśmy, żeby dać im jedną wspólną salę, ponieważ łatwiej jest wtedy nad nimi trzymać kontrolę – zaznacza Wojciech Frankowicz, dyrektor zakładowej szkoły (podstawówki i gimnazjum). We Wleniu oprócz dyrektora szkoły byli: Ryszard Wiśniowski, zakładowy psycholog, oraz Grzegorz Zając, dyrektor warsztatów, w których wychowankowie zdobywają kwalifikacje zawodowe. Tych trzech nie ma wątpliwości, że praca jest jednym z najlepszych sposobów resocjalizacji. Cel – droga jest znana Wszystko zaczęło się od choroby jednej z wychowawczyń zakładu poprawczego w Sadowicach. Kiedy przyjechała na rehabilitację do elżbietanek, ujęta ich życzliwością i serdecznością rozglądała się, jakby tu pomóc siostrom w rozwijaniu ich placówki. Gdy zapytała o przeznaczenie budynku, w którym kiedyś mieściły się biura ośrodka kolejowego, usłyszała, że nie jest jeszcze pewne, co tam będzie, ale na razie to i tak nie ma większego znaczenia, bo brakuje funduszy na remont domu. Wdzięczna pacjentka wzięła sobie do serca odpowiedź sióstr i postanowiła zaradzić ich zmartwieniu. Wymyśliła, co powinna zrobić, ale z pomocą nie mogli jej przyjść wychowankowie z Sadowic, natomiast ci ze Świdnicy – byli idealni. W kilka tygodni wszystko było dograne. – Od kilku lat szukamy chłopakom wakacyjnej pracy – wyjaśnia Wojciech Frankowicz. – Bardzo dobrze układa nam się współpraca ze świdnickim hufcem ZHP. Jeździmy do Niesulic na rozbijanie i zwijanie obozu, a gdy trzeba, wykonujemy prace na terenie obozu. Dlatego wiemy, że tego rodzaju wyjazdy dobrze wpływają na naszych wychowanków – zapewnia, a jego słowom przytakuje Ryszard Wiśniowski.

    Plus – o krok od normalnego życia

    O zaletach takiej wakacyjnej grupy roboczej każdy z wychowawców mógłby opowiadać sporo. Jeden zwraca uwagę, że chłopaki muszą się między sobą dogadywać, że przez dwa tygodnie żyją właściwie w warunkach wolnościowych, co zresztą okazuje się dla nich nie lada wyzwaniem. – Mentalność poprawczaka to m.in. bierność w podejmowaniu samodzielnych decyzji, brak umiejętności organizowania sobie czasu czy bardzo mocna presja ulegania opinii większości – wylicza psycholog. – Tutaj mogli się przekonać, jak bardzo dają się sterować poprawczakowym schematom, i mieli okazję spróbować wyrwać się spod ich dyktatury. We Wleniu wychowankowie zauważali przyrodę, doświadczali smaku bezinteresownej pracy, obserwowali chorych i zniedołężniałych, z zaciekawieniem przyglądali się pracy i sposobowi bycia sióstr zakonnych. – Dzień dobry, Szczęść Boże, proszę pani zakonnicy – to w pierwszych dniach nieśmiałe, zabawne próby dostosowania się młodych do nowych okoliczności. Grzegorz Zając cieszy się z tego, że chłopcy mogli wykorzystać umiejętności, jakie zdobyli podczas zajęć warsztatowych. Co ważne, przygoda we Wleniu nie musi skończyć się na jednej wizycie. Oczyszczony i przygotowany do dalszych prac budynek spokojnie może czekać na nową grupę, która za rok zajmie się wprawianiem okien, montowaniem regipsów czy tynkowaniem.

    Prostota – rzeczy mają swoje imię

    Kiedy wychowawcy pracowali ramię w ramię z wychowankami, ci drudzy po raz pierwszy mogli czuć się partnerami we wspólnym dziele. Gdy po skończonej pracy wszyscy spotykali się na obiedzie przy jednym stole, czuć było, jak z dnia na dzień rośnie duma z tego, co udało się wypracować. Wreszcie kiedy po dwóch tygodniach wracali do poprawczaka, rosło w nich obrzydzenie do tego miejsca. – Nas nie powinno tutaj być – myśleli. – To miejsce jest nieprawdziwe, życie jest o wiele bardziej pociągające i sensowne, wystarczy uszanować jego reguły. – Ale czad! – wykrzykiwała s. Michalina, gdy po raz pierwszy zaledwie po dwóch dniach od przyjazdu „poprawczaków” weszła do remontowanego domu. Potem tych okrzyków było coraz więcej. Było ich tak dużo, że zaskoczona porządkiem i ogromem wykonanej w ciągu dwóch tygodni pobytu pracy chodziła jak… zaczadzona. Przekonała się, a z nią bardzo wielu innych, że zamknięci za kratami młodzi ludzie mają w sobie ogromny potencjał dobra, życzliwości i szczerej serdeczności. Nie myliła się! Nie mogła się mylić, bo mijała ich na korytarzach, patrzyła, jak z zaangażowaniem pracują, słyszała ich serdeczny śmiech i odpowiadała na ich uprzejmość – zaskakiwali ją i prowokowali do zmiany stereotypów na swój temat. I jeszcze jedno: zmuszali wszystkich wkoło do opowiedzenia się po ich stronie. Co to znaczy? – m.in. minuty i godziny modlitwy, by ich życie nabrało rozpędu, by w ich życiu było coraz więcej miejsca na uczciwość i wielkoduszną bezinteresowność, ale też dumy z ciężko zarobionych pieniędzy, by na początku swego dorosłego życia spotkali innych Frankowiczów, Zająców czy Wiśniowskich, którzy już na wolności przekonają ich, że normalność może się udać. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół