• facebook
  • rss
  • U siebie w ogrodzie

    dodane 26.07.2012 00:00

    Mieszka w domu, w którym się urodziła… przed wojną.

    Jej dziadek, Karol Guhr, był zna- nym i szanowanym ogrodnikiem. Kiedy w 1926 r. powstawał wrocławski Biskupin, to właśnie jemu zlecono wykonanie terenów zielonych nowoczesnej dzielnicy miasta.

    Dom – świat jest bardzo szeroki

    Przez wiele lat istnienia niemieckiego zboru ewangelicko-augsburskiego świdnickiej gminy skupionej przy Kościele Pokoju była jego przewodniczącą oraz organistką. Dzisiaj jest bardzo dobrze znana wszystkim cierpiącym i ich rodzinom, ponieważ od kilkunastu lat prowadzi wypożyczalnię sprzętu rehabilitacyjnego. – Pomysł zrodził się przy okazji powodzi stulecia. Bardzo wtedy ucierpieliśmy i spotkaliśmy się z życzliwością i wsparciem ze strony mieszkańców miasta. Chcieliśmy się odwdzięczyć. Wypożyczalnię zorganizowaliśmy dzięki pomocy Zakonu Joannitów Śląskich, czyli protestanckiej gałęzi katolickich maltańczyków – mówi Dorota Bock-Drozdowicz, dama wspomnianego zakonu. Dom, w którym mieszka, kupił dziadek jej rodzicom, kiedy założyli rodzinę. Jej ojciec, a potem ona sama zajęli się tym, co kochają i na czym świetnie się znają, a co jest kontynuowane przez syna Doroty – ogrodnictwem. – To rzeczywiście rzadkość, żeby na naszych terenach od tylu pokoleń jakaś rodzina zajmowała się tam samym fachem – uśmiecha się. Powojenne losy Śląska nie dały zbyt wielkich możliwości do zaistnienia podobnych sytuacji. – Ta ziemia jest moim domem i chociaż od czasu dzieciństwa zmienili się moi sąsiedzi, to jednak wciąż wszyscy razem budujemy naszą małą ojczyznę – zapewnia.

    Wojna – okaleczenie świata

    Okrutna wojna zmieniła nie tylko ludzi, ale też mapę Europy. Armia Czerwona wkraczająca na Śląsk na przełomie 1944 i 1945 roku rodzimych mieszkańców traktowała jak niewolników. Pozostały przede wszystkim kobiety, starcy i dzieci, bo każdy mężczyzna w końcowej fazie wojny był dla faszystowskiej armii na wagę złota. Wtedy też niemieccy cywile byli ewakuowani w głąb kraju. Ci, którzy nie chcieli się poddać zarządzeniom, uciekali w góry. Ojciec Doroty pozostał. – Nas z mamą wywieziono i do domu, do taty, mogłyśmy wrócić dopiero w 1948 r. – wspomina. W 1947 r., gdy Śląsk przechodził powoli w polskie ręce i tworzyły się struktury nowej władzy, pozwolono dotychczasowym mieszkańcom na emigrację do nowych Niemiec. Zatrzymano tylko tych, którzy byli fachowcami w swej dziedzinie i wciąż przydawali się do sprawnego przejmowania i funkcjonowania zakładów produkcyjnych i pozostałej infrastruktury. Wtedy też ojciec Doroty odzyskał swoje gospodarstwo i był jednym z pierwszych członków spółdzielni ogrodniczej zaopatrującej mieszkańców w warzywa i owoce. W roku 1957 przeprowadzono wielką akcję łączenia rodzin repatriantów i wysiedleńców zarówno niemieckich, jak i polskich (z terenów zajętych przez ZSRR). – Nie wyjechaliśmy wtedy ani nigdy później, bo tylko tutaj czuliśmy się u siebie – podkreśla Dorota. Wspomina, że wtedy właśnie zaprzestano wydawać niemieckojęzyczną gazetę, zamknięto niemiecką szkołę i ustało życie kulturalne środowiska autochtonów. – W regionie zostało nas bardzo niewielu i żyliśmy w rozproszeniu – wyjaśnia.

    Sztuka – przestrzeń spotkania światów

    Po wojnie, w miarę jak do miasta napływali nowi mieszkańcy, okazało się, że Polacy i Niemcy dobrze się rozumieją. Spotkał ich podobny los, dlatego nie szukali różnic, ale tego co łączy. Spotkali się m.in. dzięki sztuce. – Byliśmy młodzi i chcieliśmy żyć, cieszyć się i mieć nadzieję na przyszłość – opowiada Dorota. – Dzięki młodzieńczemu entuzjazmowi powstała polsko-niemiecka Grupa Kulturalna, którą kierował Erwin Peterek. Przygotowywaliśmy wspólne przedstawienia, organizowaliśmy potańcówki i zabawy. Na jednej z nich poznałam mojego przyszłego męża, Jerzego Drozdowicza, Polaka z rodziny ewangelicko-katolickiej ze Lwowa – wspomina. Energiczna i obrotna Dorota szybko znalazła swoje miejsce w nowym świecie. Odkryła w sobie talent plastyczny i pod okiem Antoniego Bradé, Polaka, uczyła się malarstwa. Jako jedna z pierwszych kobiet w mieście zrobiła prawo jazdy, gdyż praca w gospodarstwie ojca wymagała tego od niej. Otoczyła opieką starszych członków gminy. Nie było ich zbyt wielu, bo po 1957 zbór niemiecki liczył zaledwie 28 osób. Dorota była dla nich przewodniczką i tłumaczką w urzędach, przychodniach i sąsiedzkiej codzienności. Dzisiaj wciąż pełna życia jest jednym z ostatnich świadków skomplikowanej historii miasta. Jest świadkiem tego, jak można i trzeba troszczyć się o dobro wspólne, mimo zaskakujących czy tragicznych wydarzeń wielkiej historii. Jest świadkiem naturalnego ekumenizmu – Jednymi z najlepszych moich przyjaciółek są siostry elżbietanki – uśmiecha się. Jest także świadkiem dobrosąsiedzkich relacji między starymi i nowymi mieszkańcami regionu. – Poza drobnymi incydentami nigdy nie spotkałam się z przykrościami ze strony Polaków – zapewnia.

    Ks. Roman Tomaszczuk

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół