• facebook
  • rss
  • Brudne ręce

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 36/2012

    dodane 06.09.2012 00:15

    Społeczeństwo. Dzieci urodziły im się… spontanicznie albo – jak kto woli: ponieważ pozwolili się im wszystkim urodzić.

    Kiedy Jarek Stasyszyn siedzi przy swoim garncarskim kole, jest wtedy sobą najbardziej w świecie, chociaż więcej przez analogię niż dosłownie. Zanim jednak jego życie zaczęło kręcić się wokół… koła i gliny, potrzebował Bernadety.

    Poznali się na fizyce,

    którą studiowali właściwie bez przekonania. On, choć daleko mu do ścisłowca, poszedł na uniwersytet z powodu brata. To zresztą zakomunikował profesorowi, który go egzaminował. Wprost. Ten zgodził się z argumentacją maturzysty technikum żeglugi śródziemnej: „Co mi pozostało: albo ruszę na Zachód, albo wezmą mnie do wojska, albo zacznę studiować… fizykę, bo tutaj jest już mój brat. On mi pomoże”. Pomagał, ale to było za mało. Jarek zaczął spinać się jak nigdy dotąd. Chciał udowodnić sobie i innym, że to ma sens. Wstawał więc o czwartej nad ranem, żeby ryć… książki z kosmosu. Efekty? Na przykład czwórka na semestr z analizy matematycznej. Był dumny. Inni też, w końcu umiał więcej niż jego nauczyciele z podstawówki. Jednak spinanie ma jeden mankament. Wyczerpuje. Po czwartym semestrze zdezerterował. Miał dosyć i miał pomysł… tym razem na nauki polityczne albo dziennikarstwo. (Wtedy kupił sobie dobry aparat – przydał się, bo za chwilę mógł nim robić zdjęcia swojej przyszłej żonie). Z dziennikarstwem jednak nie wyszło i gdy wrócił na nieszczęsną fizykę, musiał powtarzać niektóre przedmioty z powodu zmiany programu studiów. I wtedy właśnie poznał ją. Ona była na trzecim roku i za wszelką cenę chciała z nudnej fizyki wycisnąć coś, co ją interesuje.

    Kup wydanie papierowe lub e-wydanie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół