• facebook
  • rss
  • Bez niedomówień

    Ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 45/2012

    dodane 08.11.2012 00:15

    Seminarium Duchowne. Spanie w trumnach, zakaz śmiechu, notoryczne ślęczenie na kolanach, izolacja od świata zewnętrznego? Nic z tego.

    Te drzwi faktycznie często są zamknięte i nie otwierają się dla każdego. Pewnie dlatego formacja do kapłaństwa, zresztą podobnie jak samo kapłańskie życie, obrosła mitami i stereotypami. – To jest zupełnie niepotrzebny balast – mówi ks. Krzysztof Iwaniszyn, ojciec duchowny świdnickiego seminarium duchownego, inicjator dni otwartych.

    Obciach to cena

    Michał Mozer ma szesnaście lat i mieszka w Piławie Górnej. Od sześciu lat jest ministrantem i lektorem. – Ksiądz wikary, który odwiedził nas po kolędzie, zachęcał rodziców i mnie do zaangażowania – wspomina. – Tak się zaczęło. W gimnazjum, do którego uczęszcza, już się przyzwyczajono, że kilku chłopaków widać nie tylko w szkolnej ławce, ale też w niedzielę przy ołtarzu, czytających słowo Boże czy w towarzystwie księdza. – Mamy sporo kolegów, którzy z przekonaniem utrzymują, że bycie ministrantem to obciach. Dla nich świętoszkowate, grzeczniutkie życie ministrancika to porażka. Znają nas, a jednak nie dają sobie wytłumaczyć, że to nie tak – mówi gimnazjalista. – I faktycznie, gdyby ulegać ich presji, to niewielu z nas ostałoby się w Liturgicznej Służbie Ołtarza (LSO). Na szczęście jest nas kilku w szkole, więc się nie dajemy – uśmiecha się. A jednak nie kilku, ale tylko dwóch przyjechało do seminarium na dni otwarte.

    Niezdecydowanie boli

    Krzysiek Książkiewicz z Wałbrzycha ma dwadzieścia lat. Swoją ministrancką przygodę rozpoczął jak wielu innych w okresie przygotowania do I Komunii św. Fascynacja nowym światem pochłonęła go bez reszty, aż okazało się, że godzina zbiórek nie daje chłopakowi szansy na uczestniczenie w formacji LSO. Ksiądz opiekun nie był na tyle elastyczny, żeby jakoś temu zaradzić. Dziesięciolatek wrócił do ławki w nawie kościoła. Ale to nie koniec „degradacji”, bo z każdym kolejnym rokiem był od ołtarza coraz dalej, ale już z własnej woli. Doszło do tego, że w okresie gimanazjalnym miejsca w kościele dla siebie już w ogóle nie szukał. Nawet pod chórem albo tuż za drzwiami. – To był czas buntu. Brakowało mi wsparcia, dlatego wobec Boga i Kościoła byłem na „nie” – wspomina. A jednak do bierzmowania chciał się przygotować. – Pierwszym owocem Ducha Świętego było moje nawrócenie – wyznaje. – Wróciłem nie tylko do życia wiary, ale znowu wstąpiłem w szeregi LSO. Pamiętam, że pierwszym sygnałem zmiany mojego życia było Triduum Paschalne. Dotarło do mnie, co się dzieje, jak wygląda moje życie i co o tym myśli Jezus. Przez te wszystkie lata z daleka od Niego wcale nie znalazłem raju. Uwierzyłem, że z Nim można więcej i bardziej – wraca pamięcią do wydarzeń sprzed kilku lat. Dzisiaj przyjechał do seminarium, bo szuka odpowiedzi na pytanie: co dalej?

    Od kołyski

    – Bardziej albo mniej, ale zawsze czułem, że tu trafię – zapewnia Łukasz Basisty, alumn drugiego roku. – Byłem w seminarium chyba kilkanaście razy, zanim tu zamieszkałem. Każde rekolekcje i każde dni otwarte to były wydarzenia, których nie mogłem się doczekać. Bo zupełnie świadomie przyjeżdżałem tu po to, żeby się „przymierzyć” do tego świata: regulamin, przełożeni, rytm dnia, klimat miejsca. Oczywiście nie jest to kluczowe przy podejmowaniu decyzji o wstąpieniu do seminarium, ale było mi bardzo pomocne. Więcej, podtrzymywało i pielęgnowało moje powołanie. To na pewno – dorzuca. Dla Łukasza znalezienie się teraz po stronie organizatorów, a nie gości dni otwartych to także cenne doświadczenie. – I co ważne, świetnie pamiętam, czego oczekiwałem od kleryków, gdy byłem u nich tylko z wizytą, dlatego teraz sam staram się wychodzić naprzeciw potrzebom chłopaków biorących udział w tego rodzaju spotkaniach – podkreśla. A chodzi przede wszystkim o osobisty kontakt. – Nic tak nie buduje jak świadectwo i więź – mówi. – Dlatego spędzamy z chłopakami tyle czasu, ile się da. Rozmowy przy kawie to dobra okazja do zadawania pytań i udzielania na nie rzeczowych odpowiedzi, z pierwszej ręki; to też szansa na przekonanie się, że seminarium nie zrobiło z nas dewocyjnych automatów, że przyszliśmy tu z podobnymi historiami życia do tych, jakie dzisiaj przeżywają nasi młodsi koledzy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół