• facebook
  • rss
  • Byliśmy jak rodzina

    dodane 15.11.2012 00:15

    Honorowy Obywatel Wałbrzycha. Z jednej strony mówią, że nigdzie nie było im tak dobrze jak tutaj. Mówią „Polanjah” – miejsce, w którym można spocząć w Bogu. Z drugiej – ziemia ta była miejscem Holokaustu. O wspomnieniach związanych z regionem opowiada mieszkańcom prof. Szewach Weiss.

    Jak trafił Pan do Wałbrzycha?

    Szewach Weiss: Przed wojną żyło w Polsce 3,5 mln Żydów – było to 10 procent wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej. W czasie wojny Niemcy zamordowali 3,27 mln polskich Żydów. W Borysławiu przed wojną żyło ponad 20 tys. Polaków, 17 tys. Żydów i 15 tys. Ukraińców. Po wojnie nas, Żydów, w Borysławiu było 305 osób. Kiedy w Jałcie Stalin, Churchill i Roosevelt podzielili na nowo Europę, część Polski zwana Galicją stała się zachodnią Ukrainą. W zamian Polska dostała Śląsk. Polacy mogli wyjechać na te nowe ziemie. Jak większość Żydów również moi rodzice postanowili, że wyjedziemy razem z Polakami. To było coś specyficznego związanego z waszym, z naszym Wałbrzychem. Grupa Sprawiedliwych wśród Narodów Świata wyjechała z Borysławia razem z tymi Żydami, których sami ocalili. Przyjechaliśmy do Wałbrzycha jak rodzina. Było 30–40 ocalonych i 20–30 Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Do dziś jeszcze kilka z tych osób żyje. Kiedy przyjechaliśmy do Wałbrzycha, nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy dalej żyli. Zresztą ten świat po wojnie, cała Europa wyglądała jak kocioł, w którym wszystko wymieszano. Ludzie wędrowali setkami tysięcy. Szukali swoich rodzin. Niemcy, faszyści, zniszczyli wszystkie wartości ludzkie. Nic nie było takie, jakie powinno być. To był świat sierot.

    Co się stało, że tylko niecały rok spędziliście w Wałbrzychu?

    – Pierwsi Żydzi jeszcze przed wojną wyjechali z Polski, bo byli syjonistami, inni – bo pojawiły się rządy antysemickie. Po wojnie, i to był dramat, nie zostało prawie nic. Najpierw wypędzono nas z Polski kominami krematoriów w Auschwitz i Birkenau. Po wojnie było też kilka bolesnych wydarzeń antysemickich, jak pogrom w Kielcach. Wtedy uciekliśmy z Polski, również z Wałbrzycha. Ja mam już 77 lat. Kiedy przyjechałem dziś do Wałbrzycha, ogarnęły mnie wspomnienia. Pamiętam dokładnie – nasze mieszkanie było przy ulicy 11 Listopada w budynku nr 115 na trzecim piętrze. Ojciec miał sklep spożywczy w takim półokrągłym domu. Nie jestem pewien, czy wyjechalibyśmy stąd, gdyby nie ten pogrom w Kielcach. Rodzice na pewno nie. Tato był bardzo związany z tutejszą kulturą – miał kolegów Polaków, mama też nie była osamotniona. Wyjechaliśmy z Borysławia razem z polskimi sąsiadami, bo chcieliśmy żyć w Polsce. Mieliśmy nadzieję, że będzie tu demokratyczny system, a w Borysławiu pod rządami Rosjan – niekoniecznie.

    To, co stało się później, to zupełnie inna sprawa. W 1946 roku mieliśmy jeszcze nadzieję. Nie było wiadomo, że budowany jest reżim. Kiedy to zobaczyliśmy, uciekliśmy stąd. To był strach. To był okropny pech dla naszych narodów, właśnie dlatego, że tyle lat żyliśmy tutaj. Nie razem, ale obok siebie.

    Mimo krótkiego czasu spędzonego tutaj ma Pan tak wiele wspomnień…

    – Z Wałbrzychem wiąże mnie wiele. Kiedy tu przyjechaliśmy, zakochaliśmy się w tym mieście. Ja miałem szczęście, bo moja rodzina w większości została uratowana przez Polaków. Razem przyjechaliśmy do Wałbrzycha. Spotkałem dziś nawet niektórych kochanych sąsiadów z ul. Zielonej w Borysławiu. Niestety Tadka Potężnego nie ma już z nami. Ja go nagrodziłem nagrodą Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, będąc przewodniczącym Instytutu Pamięci Yad Vashem. Tęsknię za panem Hofmanem. Za innymi. Kiedy dziewięć lat temu Telewizja Polska nagrywała ze mną film pt. „Czas ambasadora”, znaczną jego część kręciliśmy właśnie w Wałbrzychu podczas spotkania ze Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata. Ale jak mówię już o Yad Vashem, to wspomnę moje spotkanie z Janem Pawłem II, które tam się odbyło. Myśmy spędzili razem pół dnia, ramię w ramię. Pamiętam każde jego słowo. Mój premier Ehud Barak powiedział papieżowi, że ma plan wysłać mnie na służbę ambasadorską do Polski. Zapytał papieża, jak profesor Weiss mówi po polsku. A papież na to: „Dość dobrze, będzie lepiej”. To prawda, wtedy w każdym zdaniu robiłem błędy. Teraz w co drugim. Była wtedy bardzo serdeczna atmosfera. Jan Paweł się pytał, „Skąd pan jest?”. Ja mówię: „Z Borysławia”. „Uuuu, to mniej więcej 500 km z Wadowic”. Wieczorem sprawdziłem na mapie. 520 km. Pomyślałem sobie: Boże mój, taki starszy człowiek, 82 lata, i pamięta, ile kilometrów z takiego Borysławia do Wadowic...

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół