• facebook
  • rss
  • Złapał mnie za rękę

    Ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 01/2013

    dodane 03.01.2013 00:15

    Kiedy wszedł do poprawczakowej kaplicy, wciąż czuł gniew, nienawiść i żal – tylko przez chwilę.

    Serce Adriana było rozrywane powoli. Właściwie odkąd pamięta. Mama chciała je dla siebie, bo stała się Świadkiem Jehowy, ojciec walczył o nie, bo był katolikiem. Mama niszczyła je przez egoizm, ojciec przez bezradność. Mama rwała je na strzępy bo piła, ojciec zranił je, bo umarł. Bóg też nie pozostawał obojętny na serce nastolatka.

    Nie ma Cię!

    Rybnik, górnicze miasto, miasto familoków, miasto Adriana. Tutaj się urodził, tutaj przekonał się, że życie nie ma zamiaru go rozpieszczać, tutaj wreszcie poznał smak zatracenia. – Od początku, odkąd pamiętam coś było nie tak – wspomina. – Ale jako łepek nie zwracałem na to uwagi, innego świata nie znałem, więc tak miało być i już – mówi, siedząc w poprawczakowej kaplicy. – Kiedy mama zaczęła pić, a ojciec zginął w wypadku, nic już nie miało sensu – mówi. Miał wtedy 14 lat. Chciał uciec. Udało się – zamroczony alkoholem czy narkotykami nie wiedział, co się dzieje, był zwolniony z myślenia o przyszłości i walki o teraźniejszość. Był gdzie indziej. Był obcy wobec samego siebie. Tak było dobrze. O to przecież chodziło. Przeszkadzał tylko Jeden – Bóg. Bo zarówno Jehowa mamy, jak i Ojciec ojca domagali się od niego innego życia. Obaj jednak zawiedli. – W dniu, w którym dotarło do mnie, że ojca naprawdę już nie ma, powiedziałem sobie w przebłysku świadomości: Ciebie też nie ma. Nie stworzyłeś świata, nic Cię nie obchodzę, nie muszę się z Tobą liczyć – zawyrokował. No i spokój. Matka piła, syn pił, ojca nie było.

    Kasa! Kac

    Mieszkanie z tygodnia na tydzień stawało się meliną. Chłopak budził coraz większe obrzydzenie wśród sąsiadów, strach wśród rówieśników i litość wśród krewnych. Pierwsi kibicowali kolejnemu tragicznemu życiorysowi, a takich w familokach nie brakuje. Drudzy szybko nauczyli się, że zaćpanemu gościowi trzeba schodzić z drogi, bo jest nieobliczalny, szczególnie gdy na kacu lub na głodzie szuka kasy na działkę czy jabola. Trzeci chcieli pomóc: ciocia, wujek, babcia – walczyli o krewniaka. Okazali się za słabi. – Nie zależało mi – wspomina. – I tak przez półtora roku. Jazda totalna. Niekiedy było ciężko. Budziłem się w nocy z przerażeniem, że jestem już na dnie. Innym razem o czwartej nad ranem, na kacu, zacząłem wrzeszczeć sam do siebie: Boże, co się z tobą dzieje! W roku 2010 chłopak zostaje zamknięty w schronisku dla nieletnich.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół