• facebook
  • rss
  • Siostra od fundacji

    Ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 08/2013

    dodane 21.02.2013 00:15

    Gdy zaczynały, nie miały nic – zupełnie tak samo jak ci, którym chcą pomóc.

    To miejsce i tych ludzi albo chce się natychmiast wymazać z pamięci, albo pozostają głęboko w sercu. Nawet w niebie. Tak przynajmniej wynika z historii s. Wandy od Woli Bożej i od… fundacji jej imienia.

    Na początku był Sobięcin

    – zapomniana dzielnica Wałbrzycha. Dzielnica, w której od 1946 r. pracują siostry od Niepokalanego Poczęcia NMP – niepokalanki. – Od zawsze my, które prowadzimy tutaj szkołę dla dziewcząt, mocowałyśmy się z tematem: a co ze środowiskiem, tym najbliższym – mówi s. Daniela, nauczycielka historii, od 18 lat w Wałbrzychu. – Co z tym światem, który zaczyna się tuż za nasza bramą, a który wdziera się do naszego domu, bo nie może być inaczej. Owszem, były i są akcje: paczki, św. Mikołaj, doraźna pomoc potrzebującym, ale z przerażeniem odkrywałyśmy, że biedę się dziedziczy, że niezaradność i bierność przechodzi z matki na córkę, a z ojca na syna.

    Jeśli dochodzi do tego alkoholizm… – siostra nie kończy. Do pokoju wchodzi chłopiec. Chce pokazać serce, które narysował, bo dzisiaj jest św. Walentego. Jest synkiem ojca, który jako dziecko także odwiedzał siostry. Szkoła i klasztor są jasnym punktem na mapie dzielnicy. Dzieci wyczuwają, że tutaj spotkać ich może choć trochę tego dobra, którego nie dostają w domu. Tak było zawsze. A kiedy te dzieci dorastają, wchodzą w tryby machiny deprawacji, złych wzorców, biedy i rozpaczliwego szukania szczęścia. Wtedy zaczepiają siostry i proszą: o wsparcie, o radę, o wysłuchanie, o interwencję. Bo dziewczyna w ciąży, bo matka znowu w ciągu, bo trzeba ochrzcić dzieciaka, a ślubu nie ma, bo skończyła się kasza manna. – Przychodzą, mają śmiałość albo w końcu wysyłają do nas swoje dzieci, bo one mogą więcej – mówi s. Daniela.

    My im pomagamy,

    bo serce się kraje, jednak wciąż mamy niedosyt, a nawet wyrzut sumienia, bo rozdawnictwo to nie jest dobra metoda wychowawcza – zastrzega siostra. – Od dawna marzyło mi się, i teraz jest to już bardzo realne, żeby na tym tutaj naszym skwerku odprawić taką Mszę św., na której ogłoszona byłaby powszechna abolicja sakramentalna – oczywiście w granicach prawa kanonicznego. Bo dla wielu mieszkańców Sobięcina Pan Bóg jest ukryty za górami drobiazgów, które barykadują im drogę do Niego. O co chodzi? Żyją bez sakramentów: bo formułki zapomniał, więc nie pójdzie do spowiedzi, bo ślubu nie mają (i mieć nie mogą), no to dziecko nieochrzczone, bo żyją w konkubinacie, gdyż on nie ma bierzmowania, bo nie chodzą na Mszę św., ponieważ kiedyś ksiądz ominął ich po kolędzie albo nie pochował im z honorami ojca… – Cała litania, powiedzmy sobie szczerze – błahostek, ale dla nich są to Himalaje – ocenia s. Daniela. Dlatego niepokalanki założyły Fundację Edukacyjną im. S. Wandy Garczyńskiej. – To niepokalanka, której przed wojną nikt by nie posądzał o tak ogromną odwagę i determinację, jakimi wykazała się, gdy chroniła Żydów. Czas pogardy wyzwolił w niej ogromną siłę, ona zbuntowała się przeciwko śmierci i walczyła o życie. Skutecznie. Opowiadają, że w nocy leżała krzyżem, błagając Boga, by nikt z chroniących się w klasztorze na Kazimierzowskiej w Warszawie nie wpadł w ręce Niemców. I wymodliła życie dla każdego z ukrywanych Żydów – wspomina s. Daniela i zaraz sięga po dyplom Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, jaki w 1983 r. został przyznany s. Wandzie Garczyńskiej przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół