• facebook
  • rss
  • Ksiądz nawrócony

    Ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 09/2013

    dodane 28.02.2013 00:15

    Jest taka słabość, która rodzi siłę, ale potrzebuje specjalnych warunków.

    Dzień skupienia dla księży. Koniec adoracji Najświętszego Sakramentu, organista w seminaryjnej kaplicy zaczyna kanon: „Bóg jest Miłością, miejcie odwagę żyć dla Miłości,/ Bóg jest Miłością, nie lękajcie się!”. Błogosławieństwo eucharystyczne – przy ołtarzu, a w konfesjonale – rozgrzeszenie. Młody ksiądz wstaje z klęczek. Wrócił do Ojca.

    Poszła fama,

    że „Orzech” mówi mocno, bez ogródek, po swojemu. Ale nie po to, żeby oskarżać, wytykać palcem albo stygmatyzować. Nie. Jemu chodzi o dźwiganie, podpowiadanie, budzenie nadziei. Dlatego zaraz padają słowa: – Dziękuję wam za waszą pracę, za to, że daliście młodym fundament. Ja mogę na nim teraz budować – zapewnia, on – ks. Stanisław Orzechowski, legendarny duszpasterz akademicki Wrocławia. Ma rację, przecież zaledwie pięć procent studentów w duszpasterstwie to wrocławianie, reszta jest z terenu.

    Ze Świdnicy, Bielawy czy Dzierżoniowa, ale też z Gilowa, Wir albo Niemczy. – I jest ich w tym roku więcej niż wcześniej – chrypi konferencjonista. Jego ocena jest wiarygodna, bo gardło zdarł nie inaczej jak tylko głosząc Ewangelię młodym. Całe swoje życie, a ma już prawie pięćdziesiąt lat kapłaństwa, towarzyszył im w odkrywaniu sensu ich życia. Teraz chce pomóc swoim kolegom, braciom. Ci młodzi widzą w „Orzechu” autorytet. Ten stary ksiądz, podparty swoją laską, schorowany, wciąż fascynuje właśnie młodych. Także duchownych. Chcą takiego przewodnika, nie tylko na pielgrzymce, którą organizuje od przeszło trzydziestu lat (z Wrocławia na Jasną Górę), ale także w kapłańskim życiu. Słuchają więc chciwie. Świadka, mającego klucz do młodych serc, a przecież zaraz po święceniach także oni najczęściej oddają swoje życie dzieciom i młodzieży. Jak on to robi? Jest stary, oni są młodzi, więcej, jest staroświecki, oni chcą być nowocześni. Więc to nie o to chodzi.

    Wy jesteście solą ziemi

    – rzuca „Orzech”. – A jak się ten akapit kończy? „… aby widzieli wasze dobre czyny i chwalili Ojca, który jest w niebie”. Ksiądz – sól. Zwietrzała na nic się nie przyda, tylko na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Ta dobra, nadaje smak życiu. – Czy mogę szkodzić? – pyta. – Tak, jest to możliwe. Ksiądz może szkodzić swoim wiernym, tak jak sól może zwietrzeć. A dzieje się tak, gdy tracimy moc – ostrzega. – Pan Bóg, gdy patrzy na ludzi, pęka ze śmiechu, zwłaszcza gdy patrzy na nas – żartuje. Chce powiedzieć: jak długo będziesz polegał na sobie, tak długo będziesz sam, bez Ducha, a ten jest sprawcą tego, co wieczne. Tylko On. Opowiada teraz o swoim doświadczeniu modlitwy charyzmatycznej. Kiedy przed laty miał się tym zająć, przyjął decyzję swego biskupa jak wyrok. Wtedy powiedział: albo będę udawał, albo naprawdę spróbuję, czy to działa. Zaryzykował i przekonał się, że działa. Tym, który go poprowadził ku Duchowi, pomógł mu się na Niego otworzyć, zgodzić się, by On wziął go na własność, by zdobył jego serce i umysł, był diakon, dzisiejszy biskup, Andrzej Siemieniewski. – Lata temu, ale wydarzyło się naprawdę i dało mi moc. Bez niej możesz wypruć żyły i niewiele wskórasz – zapewniał. Wydanie siebie Duchowi Świętemu daje jeszcze jedno: zdolność do radości, a ta jest jak pieczęć: potwierdza autentyzm wiary. – Byłem urodzoną „miągwą”, tak się u nas w Wielkopolsce mówi na człowieka, który narzeka i jęczy, któremu wiecznie źle. Po wylaniu Ducha Świętego – jak ręką odjął. Poczucie humoru oraz dystans do siebie potrafią czynić cuda – mówi.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół