• facebook
  • rss
  • Pilne i pilniejsze

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 25/2013

    dodane 20.06.2013 00:15

    Kiedy umiera ksiądz, wraca się do tego, kim był i co uczynił – najpierw w przestrzeni ducha.

    Zmarł nagle. Nie wytrzymało serce. Ci, którzy znali tego księdza bardziej niż reszta, właściwie się temu nie dziwią. – Zawsze angażował się w sprawy ludzi i parafii bardzo bezkompromisowo – zauważa Ewa Miszczuk-Paluszek, parafianka z Witkowa, który ze Starym Jaworowem i Milikowicami tworzy parafię pw. św. Michała Archanioła. – To był kapłan o bardzo silnej osobowości, czasami niektórzy nie wytrzymywali tej siły, uważali, że ich ogranicza, nie pozwala im na wolne wybory – dodaje.

    Wiem, co jest dla was dobre

    Życie każdego człowieka, także księdza, uplecione jest z tego, co jest w nim piękne i dobre, ale i z tego, co wstydliwe, z czego trudno być dumnym. Jednak zwycięża ten, kto idzie na całość w tym pierwszym, a z drugiego wyciąga wnioski na przyszłość.

    – To był pasterz, który swoją misję traktował bardzo poważnie – mówi inna parafianka, Bogusława Nieciąg, szefowa rady parafialnej. – Dzisiaj, z perspektywy czasu, jego postawę wobec nas oceniam inaczej niż wtedy, gdy był naszym proboszczem i ciągle od nas wymagał. Co rusz były sprawy pilne, a zaraz potem jeszcze pilniejsze. To męczyło, bywało, że mieliśmy dość. A teraz, z dystansu, wszystko to poukładało się w całość, której wspólnym mianownikiem jest właśnie pasterska troska o to, żeby nie zginęła żadna z owieczek. Milikowicki prałat był jednak wiarygodny w tym, co czynił. – Bo wymagał nie tylko od nas, ale i od siebie samego, sobie też nie pobłażał. Zupełnie jakby prowadząc nas do nieba, wiedział dobrze, że łatwo jest pobłądzić, że Zły nigdy nie śpi i nie odpuszcza. A to jest przecież bardzo ryzykowne – dodaje Bogusława Nieciąg.

    Idźcie do Jezusa!

    – Pamiętam dobrze nasze pierwsze spotkanie. Miałam wtedy zaledwie siedem lat. W pierwszej klasie, na katechezie, usłyszałam księdza Jana, jak opowiadał o Panu Jezusie, i wtedy coś wielkiego wydarzyło się w moim małym serduszku. Zachwyciłam się Dobrą Nowiną, że Bóg jest tak bliski, że Jego Syn daje nam siebie, że możemy liczyć na Boże działanie w mocy Ducha Świętego. Bóg stał się wtedy dla mnie kimś osobowym, bliskim, prawdziwym, żyjącym – wspomina Ewa Miszczuk-Paluszek. Do jej oczu napływają łzy. – Zawsze mogłam na naszego księdza liczyć. Bardzo pomógł mi w kolejnych życiowych wyborach, wiele mnie nauczył. Nigdy nie miałam wątpliwości, że kierowały nim dobre intencje, nawet wtedy, gdy nie umieliśmy do końca zrozumieć, dlaczego postanowił tak, a nie inaczej, dlaczego tak bardzo zależało mu właśnie na tym, a nie na czymś innym, kiedy nie odpuszczał. Tak, można powiedzieć, że był uparty – zaznacza. O szczerych intencjach ks. Jana Miłosia może świadczyć fakt, że parafianie bardzo mocno troszczyli się o życie sakramentalne. – I tak zostało po dziś dzień – potwierdza ks. Wojciech Dąbrowski, obecny proboszcz.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół