• facebook
  • rss
  • Pszczela muzyka

    Łukasz Kozłowski

    |

    Gość Świdnicki 28/2013

    dodane 11.07.2013 00:15

    Eugeniusz Przytuła szukał swojej drogi i odkrył, że to, co wcześniej budziło strach, zamieniło się w życiowe zajęcie.

    Jestem jak Leszek z serialu „Daleko od szosy” – zaczyna swoją opowieść mieszkaniec Jaroszowa. – Przyjechałem tu z Lubelszczyzny w 1955 roku, z zapadłej wioski, skończone miałem 5 klas.

    Strażak i pszczoły

    Przez 10 lat pracował w Jaroszowskich Zakładach Materiałów Ogniotrwałych jako maszynista. Wtedy było tam 19 km składu kolejowego. Ale zawsze chciał czegoś więcej. Nie wyobrażał sobie, że całe życie spędzi w brudnym uniformie pracownika fizycznego, tyrającego niemal cały tydzień po kilkanaście godzin dziennie. – Skończyłem szkołę podstawową i poszedłem do technikum, uczyłem się wieczorowo – mówi Eugeniusz Przytuła. Opłaciło się. Został kiero- wnikiem działu transportowego. Pracował na tym stanowisku aż do emerytury. Ambicja pcha człowieka zawsze wyżej, ambicja, ale też życiowa potrzeba. Eugeniusz ma w końcu na utrzymaniu czteroosobową rodzinę. Oprócz pracy zawodowej para się też innymi zajęciami: uprawia aleję czereśniową, pole truskawek, hoduje nutrie, jest dyspozytorem koła rolniczego, organizuje Ochotniczą Straż Pożarną. Ale największą pasją stają się pszczoły. Choć początki nie były łatwe. Nie od razu zapałał do nich wielką sympatią.

    Czereśnie i rójka

    Pierwszy raz na pasiece znalazł się 70 lat temu u swojego kuzyna. Później, już w Jaroszowie, pasiekę miał jego brat, ale on bał się pszczół i nie pomagał mu. Brat jednak został dyrektorem fabryki i przeprowadził się do Strzegomia. Pasiekę otrzymał w spadku. Tak to się zaczęło. – Na początku miałem sześć rodzin i prawie żadnej wiedzy o pszczelarstwie, więc kiepsko to szło – przyznaje. – Chrzest bojowy przeszedłem chyba w roku 1972, miałem wtedy też aleję czereśniową. Uciekła mi rójka (część pszczół opuszcza rodzinę, aby odbyć lot godowy i założyć nowe gniazdo), osiadła gdzieś na ścianie budynku szkolnego – opowiada. – Wtedy myślałem że rójka nie żądli, teraz wiem, że tylko na początku, po opuszczeniu ula, a tamte pszczoły były poza ulem parę dni… Wspiąłem się po jedenastometrowej drabinie, taką miałem do czereśni, pokropiłem pszczoły wodą. Chciałem je chyba kurzym skrzydłem zgarnąć do kartonu, a one się na mnie rzuciły – wspomina z rozrzewnieniem. – Pogryzły mnie okropnie, na rękach miałem ściernisko, na drugi dzień prawie nie widziałem na oczy.

    Bartniczy etos

    Obecnie 79-letni Eugeniusz prowadzi amatorską pasiekę, która liczy kilkanaście uli. Za pasieką rozciągają się pola, które są pożytkiem dla pszczół, nieco dalej rosną lipy. – Właśnie powoli zaczyna kwitnąć facelia błękitna, miododajna roślina o urokliwym niebieskofioletowym kwiatostanie – cieszy się pszczelarz i z zachwytem nadstawia ucho, słysząc bzyczenie pszczół nad facelią. – Oto muzyka! – wzdycha. Eugeniusz mówi o pszczelarskim etosie: – Niegdyś pszczelarze nie składali przysięgi w sądach, uważani byli bowiem za ludzi wiernych i prawdomównych, a do bartnych stowarzyszeń przyjmowano tylko ludzi o sprawdzonej reputacji – dodaje. I o zdolności rozeznawania autentycznych pszczelarzy: – Tym udającym pszczelarzy, oszukującym, zawsze z oczu krzywo patrzy – zapewnia. – Za komuny ludzie zapisywali się do związku pszczelarskiego tylko po to, aby dostać roczny deputat cukru. Mówiono o nich pszczelarze-cukrownicy – wspomina. – Teraz z kolei niby-pszczelarze sprzedają syrop do podkarmiania pszczół jako miód, nie dajmy się na to nabrać – apeluje. – Na słoiku z miodem musi być adres i numer pasieki, bo każda pasieka powinna być zgłoszona do powiatowego weterynarza – informuje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół