Nowy numer 16/2018 Archiwum

Żniwa przed wojną

Tadeusz, pan Bronek, Michał, Mirek i dziadek odwiedzający śmietniki znają ciężar chleba.

O 21.00 melduje Bogu i ludziom: – Właśnie zjeżdżam z pola. Pojawiła się rosa, już nie można kosić. Na dzisiaj wystarczy. Wystarczy po kilkunastu godzinach pracy w morderczym upale, kurzu i z nadzieją, że taka pogoda utrzyma się jeszcze kilka dni, do końca żniw.

Święte dłonie

Żniwa zaczyna na Jasnej Górze. Wiosną. Jedzie tam, żeby prosić Maryję o opiekę. To rytuał, który powtarza się od wieków. Tam czuje się bezpiecznie – zawierzony Jej miłości. Totus Tuus. Wtedy też swoje spracowane dłonie wkłada w dłonie Maryi, jak kapłan w dniu święceń wkłada je w geście posłuszeństwa w dłonie biskupa. A Maryja? Jak zawsze powtarza: „Zrób, cokolwiek mój Syn ci powie”, i, jak zawsze, wskazuje na Syna, Tego, który swoim Ciałem karmi także Tadeusza; Tego, który potrzebuje znaku chleba, żeby móc ofiarować się człowiekowi tak wyjątkowo, absolutnie nieosiągalnie w jakiejkolwiek innej okoliczności i przestrzeni.

Tadeusz Lipiński rozumie to doskonale, dlatego jedzie właśnie na Jasną Górę, jedzie jako rolnik – człowiek, którego wspólnym owocem pracy i płodności ziemi jest chleb – Hostia, która staje się pokarmem na życie wieczne. Zanim jakiś ksiądz weźmie biały opłatek do rąk, opłatek z Tadeuszowej mąki, zanim wypowie nad nim słowa konsekracji, zanim Duch Święty posiądzie ten kawałek chleba na własność – Tadeusz modli się na Jasnej Górze, a potem haruje na roli i w skwarze sierpniowego słońca zbiera owoc swojego zawierzenia.

Z kosą w ręku

Mirek Kowalski sięga po kosę. On, chłopak z miasta, wie, co z nią zrobić, na co ją stać i ile potu potrafi wycisnąć z człowieka. To zaledwie kilkanaście metrów pokosu, ale w pełnym słońcu, w żarze lejącym się z nieba. Za chwilę przejedzie tędy kombajn, dlatego właśnie musi się spieszyć. Potrzebuje kilku snopków pszenicy, skoszonych tradycyjnie, odebranych przez jego żonę, która uwija się w ślad za Mirkiem. Sprawnie wiąże słomianą opaskę i formuje snopki. Potem, gdy są już wszystkie gotowe, układają je w kopkę. Przydadzą się do jasełek, które zagrają w Boże Narodzenie. W dawnych czasach tradycyjnym narzędziem żniwiarza był sierp. Później (po II wojnie światowej) częściej używano kos. – Najpierw trzeba było wyklepać kosy, a jest to nie lada umiejętność. Kosisko trzeba było opatrzyć tzw. kabłąkiem, dla lepszego ułożenia pokosów – objaśnia Mirek, ale sam takiego kabłąka nie zamontował. Byłoby to dosyć trudne, bo jego kosa nie jest żniwna. Jej ergonomiczne kształty upewniają: to już współczesna wersja, raczej do podkaszania zielska w ogrodzie. – Potem łan za łanem padał pod cięciami kos. Dobry kosiarz podcina koniec pokosa tak, aby zboże układało się jak najrówniej, nie rozwlekając niepotrzebnie źdźbeł po ściernisku i nie zostawiając tzw. zębów nierównego ścierniska – dodaje i nie zachęca do obejrzenia śladów po swoim koszeniu. Uśmiecha się tylko i usprawiedliwiająco dorzuca: – Nie ma się już tej wprawy. Zaraz nadjedzie kombajn, on wszystko wyrówna.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma