• facebook
  • rss
  • Tak mi kazał Bóg

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 36/2013

    dodane 05.09.2013 00:15

    O wizji z zaświatów, miłości do żony i swoim szaleństwie mówi Daniel Sip, przedsiębiorąca z Wałbrzycha.

    Ks. Roman Tomaszczuk: Przez 19 długich dni był Pan na krawędzi życia i śmierci. Trzy lata temu otrzymał Pan życie na nowo. Jak się teraz żyje?

    Daniel Sip: Życie zwrócił mi dobry Bóg i lekarze. Ze Stwórcą to nawet, mam wrażenie, spotkałem się już w zaświatach. Miałem taki sen, że spotykam Pana Boga, a On mi mówi: „Jeszcze nie teraz, to nie twój czas”. To było w trakcie śpiączki, pamiętam doskonale. A skoro mój czas jeszcze nie nastał, to znaczy że lekarze musieli okazać się skuteczni. Choć z medycznego punktu widzenia nie miałem prawa żyć, to jednak wysiłki lekarzy nie ustawały. Zależy mi, żeby padły nazwiska: dr Wiktor Jaremko ze swoim zespołem, dr Zdzisław Szklarz, dr onkologii Paweł Pyka oraz inni przyjaciele – prof. Sławomir Suchocki (mój kolega od podstawówki) i Bogdan Ciborski (kolega po fachu).

    Lekarze to jedno, ale drugie to szturm modlitewny do nieba.

    To nie jest drugie, ale to jest pierwsze, proszę księdza. Gdyby nie miłość mojej rodziny i przyjaciół, gdyby nie ich wiara i uparte błaganie o życie dla mnie, na pewno nie byłoby mnie tutaj. To jest tak, że odkąd poznałem swoją żonę, jestem w niej zakochany. Nasza miłość dojrzewała w ogniu życiowych doświadczeń, to jest jasne, jednak dzisiaj oceniam ją jako coś najpiękniejszego, co spotkało mnie ze strony ludzi. Bo za tą miłością idzie nie tylko bliskość, przyjaźń czy poczucie bezpieczeństwa dzięki żonie, Marii, ale coś znakomicie więcej: to niezwykły dar życia naszych córek i naszych wnucząt, to całe doświadczenie bliskości wspaniałej rodziny mojej żony (ma pięcioro rodzeństwa, a ja jestem jedynakiem). I jeszcze przyjaciele: począwszy od księdza biskupa prof. Ignacego Deca, księdza infułata Józefa Strugarka, przez księży: Mirosława, Andrzeja i Piotra, a skończywszy na moich pracownikach.

    Nie dla każdego szefa pracownicy są gotowi do szczególnych aktów szacunku i troski. Pana przepis na budowanie właściwej relacji z podwładnymi?

    Mówią na mnie: ojciec czy tato. A ja rzeczywiście widzę w nich moje dzieci. Jestem wobec nich uczciwy, dlatego chcą u mnie pracować. Mam wielkie szczęście do tych, którzy naszej firmie są oddani jak nikt inny. W tych trudnych chwilach walki o życie oni stanęli po mojej stronie, w jednym szeregu z najbliższymi. Jestem im za to niezwykle wdzięczny. Cieszę się, że ksiądz o to pyta, bo jakoś nie miałem odwagi im tego tak otwarcie wyznać. Teraz mogę to uczynić publicznie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół