• facebook
  • rss
  • Krótka pamięć

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 40/2013

    dodane 03.10.2013 00:00

    Wielu księży żywi przekonanie, że cmentarz parafii, w której pracują i umrą, jest najlepszym miejscem na oczekiwanie zmartwychwstania. Zależy im na pamięci i modlitwie. Czy to zbyt wiele?

    Jest legendą miasta. 4 października minęło 100 lat od narodzin ks. prałata Dionizego Barana. Zmarł 26 stycznia 1995 po przeżyciu w Świdnicy niemalże 38 lat. Dzisiaj pamiętają o nim przede wszystkim historycy i najbliżsi.

    Po latach w Świdnicy

    A wśród nich – najbliższych – jest ks. Ludwik Sosnowski. – Moja znajomość z księdzem prałatem sięga czasów kleryckich – wspomina proboszcz z Miękini. – Jako organista seminaryjny zastępowałem w ówczesnej bazylice, jak się mówiło o obecnej katedrze, organistę parafialnego. Pamiętam doskonale, gdy zameldowałem się w kancelarii, w której przyjął mnie darzony ogromną estymą ksiądz prałat, już wtedy legenda. Na powitanie ten majestatyczny mężczyzna o głębokim tonie głosu powiedział: „Czy ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” – mówi łamiącym się ze wzruszenia głosem. Potem było dwadzieścia lat milczenia.

    W roku 1982 obaj kapłani spotkali się ponownie, na rekolekcjach we wrocławskim seminarium. Prałat zwierzył się, że zamierza odejść na emeryturę. – Wtedy wskazałem na ówczesnego prefekta, ks. Ignacego Deca, i z przekonaniem powiedziałem: to jest dobry kandydat na nowego proboszcza bazyliki – mówi ks. Sosnowski. – Jednak prałat stwierdził, że temu jest pisana inna ścieżka kapłańskiej posługi i wieczorem przyszedł do mojego pokoju, żeby zaproponować mi objęcie urzędu proboszcza w Świdnicy. Wiedział bowiem, że abp Gulbinowicz zaakceptuje jego wybór – dodaje.

    Ostatnie dni

    – Swoją książkę biograficzną zadedykowałem ks. Ludwikowi Sosnowskiemu, ponieważ wiem doskonale, jak wspaniałym opiekunem był on dla schorowanego prałata – mówi Lucjan Momot, świdnicki pasjonat historii, który w roku 2008 przypomniał świdniczanom postać nieżyjącego proboszcza z „dużego kościoła”. – Moja książka jest owocem poszukiwań w archiwach, rozmów ze świadkami życia księdza prałata i jego najbliższymi – mówi. Lektura biografii przekonuje bez najmniejszych wątpliwości, że zmarły proboszcz to postać nietuzinkowa pod każdym względem. Urodził się w Sieniawie nad Sanem, koło Jarosławia. Naukę w tzw. małym seminarium odbył we Lwowie, pod okiem swego stryja ks. Kranowskiego, szkolnego prefekta. Swoje powołanie rozeznawał w Leżajsku, ale do kapłaństwa przygotował się w Łucku. 15 października 1939 r. przyjął święcenia kapłańskie. Jako wikariusz pracował m.in. w ukochanej Sienkiewiczówce, do której trafił w roku 1941. Tutaj też włączył się w konspirację i samoobronę przed nacjonalistami ukraińskimi. W 1943 r. w obawie o życie swoich parafian zorganizował ewakuację wsi do Łucka, gdzie został mianowany proboszczem katedry – ostatnim, jak się wkrótce miało okazać.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół