• facebook
  • rss
  • Prawo do przyszłości

    Łukasz Kozłowski

    |

    Gość Świdnicki 09/2014

    dodane 27.02.2014 00:00

    Wciąż żyją świadkowie bestialskich czasów rządów komunistycznych w PRL.

    Starszy pan w przychodni zdrowia. Widać, że źle się czuje. Pyta, czy może wejść wcześniej, bo jest kombatantem. Tabliczka na drzwiach informuje, że kombatanci mają pierwszeństwo. Jednak ludzie nie są chętni, aby ustąpić. Ktoś głośno mówi: – Komuch! Cóż na to powiedzieć? Starszy pan myśli: – Jak oni mogą tak o mnie mówić? Ja przecież walczyłem z komunistami!

    Powstanie, liceum i przysięga

    Bogdan Zdrojewski urodził się w 1932 roku w Warszawie. Jego ojciec służył w 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego pod dowództwem gen. Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, walczył też w powstaniu warszawskim. W okupowanej Warszawie Boguś roznosił konspiracyjną prasę. Za to został pobity przez gestapowców – miał 11 lat. W 1947 r. wraz z rodzicami i bratem przyjechał do Świdnicy. – O organizacji Wolność i Niezwisłość powiedzieli mi koledzy z Wrocławia. Chciałem walczyć o wolność Polski – opowiada. – Był rok 1949, miałem 17 lat, chodziłem w Świdnicy do szkoły średniej na ul. Kościelnej. W WiN-ie było nas ośmiu, m.in. mój starszy o półtora roku brat Leonard i dyrektor szkoły Edward Speidel; w jego domu był punkt kontaktowy. Miałem w planach organizowanie kolejnych dwóch grup młodych, miało to być 15 osób. Przed wstąpieniem składaliśmy przysięgę, jej tekst jest teraz nawet w mojej legitymacji kombatanckiej – uśmiecha się pan Bogdan: „Przysięgam być wiernym ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej! Stać nieugięcie na straży Jej honoru!”.

    Tetetka, zebrania i ciasto

    – My młodzi prowadziliśmy m.in. obserwację radzieckich jednostek wojskowych: uzbrojenie, nazwiska oficerów, sprzęt bojowy. Sprawdzaliśmy też nazwiska milicjantów, ubowców, ich adresy itp. Pisaliśmy również anonimy z pogróżkami do partyjnych, aby wystąpili z partii komunistycznej. Mieliśmy swoje spotkania, na jedno z nich przygotowałem np. prelekcję o Katyniu. Na wyposażeniu młody bojownik miał tetetkę i ostrą amunicję. – Na specjalnych szkoleniach uczono nas obsługi różnej broni. Mieliśmy też próby z ostrym strzelaniem w lesie – mówi z błyskiem w oku.

    Młodzi działacze osłaniali często tajne spotkania ważnych członków WiN-u. Odbywały się one w Bielawie, Kłodzku, Nowej Rudzie czy we Wrocławiu. Istotne było też przewożenie dokumentów, różnych meldunków, m.in. do stolicy. – Miałem się spotkać z kimś w umówionym miejscu, na umówione hasło. Do spotkania jednak nie doszło. Nocowałem u ciotki i kuzyna na Żoliborzu. Kuzyn jednak zobaczył moją broń i pochwalił się nią kolegom, bez mojej wiedzy oczywiście. Później czekał mnie drugi wyjazd do Warszawy z dokumentami, spakowałem się, sprawdzam walizkę, a tam zamiast pistoletu leży kawałek ciasta… Od razu wiedziałem, że to mama. Rodzice nic nie wiedzieli o mojej działalności. Mama zaczęła płakać, mówiła: – Ja wiedziałam, że ty gdzieś należysz. Broń na prośbę mamy zostawiłem i pojechałem do Warszawy. Tam ubecy zaaresztowali mojego kuzyna Zbyszka, ale po jego zeznaniach (został pobity) wiedzieli, że właścicielem broni byłem ja. Tak zaczęło się piekło…

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół