• facebook
  • rss
  • Pan Jezus był z nami

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 16/2014

    dodane 17.04.2014 00:00

    To pierwsza inscenizacja Pasji przygotowana z tak wielkim rozmachem. Wielkie emocje wśród aktorów, łzy w oczach widzów.

    Doświadczenie wiary, profesjonalizm i odwaga – tego potrzebowało przeszło 40 osób, które zaangażowały się w projekt Ireneusza Miepariszwilego, katechety Zespołu Szkół w Strzegomiu.

    Pragnienia serca

    – Początki Misterium Pasji w Strzegomiu sięgają roku 2001, kiedy to grupa młodzieży z Odnowy w Duchu Świętym zapragnęła pokazać Mękę Jezusa w sposób artystyczny. Pokazali – mówi Irek. – Choć nikt z nas wtedy nie bawił się w żaden teatr, to jednak nasza pasja i zaangażowanie dały dobre efekty, a szczególnie te duchowe.

    Później, bo aż przez 11 lat, nie było nic, ale w mojej głowie powoli rodził się bardzo śmiały pomysł i marzenie, aby misterium wystawić z dużym rozmachem i to na otwartym terenie, z zaangażowaniem wielu osób – przyznaje. Powoli stawało się to możliwe. W roku 2002 roku Irek uczestniczy w rekolekcjach teatralnych, a w kolejnych latach w teatralnych projektach prowadzonych przez zawodowców od teatru i ewangelizacji. Tak przygotowuje się jednak tylko podstawy strony artystycznej projektu. Druga strona to nabranie doświadczenia i zapalenie do pomysłu innych ludzi. To wymagało czasu. – Rok za rokiem, Triduum za Triduum idea dojrzewała, aż w roku 2012 do współpracy udało się zaangażować uczniów Zespołu Szkół w Strzegomiu, z którymi pracuję, oraz innych młodych ludzi z parafii, a także kilkoro dorosłych, m.in. moją koleżankę z pracy wraz z mężem – wspomina Irek. Do nich dołączył Krzysztof Kalinowski, zastępca dyrektora ze Strzegomskiego Centrum Kultury – zgodził się zagrać Piłata. Jego udział w misterium zaowocował także i tym, że w realizację włączyli się profesjonaliści od świateł, co przesądziło o sukcesie duchowo-artystycznym tamtego wydarzenia. – Tamto misterium na długo zapadło w sercach ludzi. Wtedy też po raz pierwszy powiedziałem publiczności o moim planie i marzeniu wyjścia z tajemnicą Miłości Ukrzyżowanej w plener – mówi Irek.

    Zabieranie sił

    Dwa lata przygotowań, modlitwy i oczekiwań zaowocowało 11 kwietnia. Podstawą tegorocznej inscenizacji byli ci, którzy zorganizowali ją dwa lata temu. Do nich dołączyli inni, bardzo ważni dla takich inscenizacji: bractwo joannitów (Straż Świątynna) i bractwo Świętego Józefa (Sanhedryn). I zaczęły się próby. Trwały dwa miesiące. Wszystkiemu błogosławił proboszcz bazyliki strzegomskiej ks. Marek Babuśka, a od strony technicznej wielkie wsparcie dało Strzegomskie Centrum Kultury. Ale i tak nie obyło się bez trzech tygodni prawie codziennych prób.

    Przy widowisku przygotowywanym z takim rozmachem, i to realizowanym w plenerze, nie można być niczego pewnym, aż do samego końca. – To prawda, jednak modlitwa wielu ludzi w tej intencji spowodowała, że aktorzy dali z siebie dużo więcej niż na próbach – zapewnia Irek i podaje przykład: – Żołnierze improwizowali dialogi w każdej scenie, po żołniersku, po męsku, a do tego ich strona wizerunkowa nie pozostawiała wątpliwości: wypisz wymaluj rzymscy żołdacy jak sprzed dwóch tysięcy lat, ubiory prawie oryginalne – uśmiecha się.

    On żyje!

    Gdy do aktorskiej pasji doda się klimat miejsca (teren przy bazylice) oraz profesjonalizm oświetleniowców i świetną pracę akustyków, ponad półtora tysiąca widzów przeniosło się bez większych trudności do Jerozolimy sprzed dwóch tysięcy lat. – Na każdym etapie przygotowań prowadził nas Duch Święty, a ukoronowaniem tego była scena finałowa, która powstała dzień przed premierą – zapewnia Irek. – Nawet większość aktorów nie wiedziała, jak ona będzie wyglądać. Jezus złożony w grobie (kościele) wychodzi nagle z niego w blasku światła na słowa piosenki „Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych” – wspomina, nie kryjąc wzruszenia, bo od razu wraca pamięcią do klimatu tej chwili: duchowego poruszenia ludzi, które było tak mocne, że kiedy Jezus przechodził pomiędzy nimi, niektórzy całowali go w rękę, a jeden z członków Sanhedrynu, płacząc, pytał: „Dlaczego ja płaczę?”. – Myślę, że Pan Jezus był z nami – podsumowuje katecheta. – Poznać to można było też po frekwencji. Liczyliśmy na około 500 osób, a jak oszacował ksiądz proboszcz, było ponad trzy razy więcej. A najbardziej cieszę się z tego, że przyszły całe rodziny, również ludzie, którzy na co dzień rzadko chodzą do kościoła, oraz mnóstwo młodzieży – mówi. Zresztą Ireneusz Miepariszwili wciąż odbiera gratulacje, bo jego zaangażowanie poruszyło zarówno aktorów, jak i mieszkańców miasta. – Wiem, że tego dnia Pan Bóg działał wśród nas z wielką mocą. I o to nam chodziło. Chcieliśmy grać, aby On mógł robić swoje – podkreśla.

    Więcej na: swidnica.gosc.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół