• facebook
  • rss
  • Skoro ja, to znaczy każdy

    dodane 12.06.2014 00:00

    – Nazywam się Marcin i mam 39 lat – tak zaczyna opowiadać swoją historię. Zawsze, gdy trzeba oddać Bogu chwałę.

    Do niedawna byłem człowiekiem słabej wiary, liczyły się dla mnie inne wartości, a kłamstwo było czymś nieodzownym w życiu codziennym, szczególnie w pracy – zaczyna Marcin Kostrzewski z Kłodzka.

    Staje wobec obcych ludzi

    i mówi o sobie z rozbrajającą szczerością. – Byłem człowiekiem, który żył według własnych zasad, dla mnie wygodnych. Nazywałem się katolikiem, ale z tych „wierzących, ale nie praktykujących” – mówi i jakby na swoją obronę dorzuca: – Starałem się być dobrym ojcem. Tyle. Jest 4 czerwca, dzień przyjścia na świat jego syna, Franciszka. Nie chodził do kościoła. Czemu? – Bo kościół był zły. Nie lubił księży. Czemu? – Bo księża byli źli. Nie chodził do spowiedzi i nie przyjmował komunii. Czemu? – Bo po co? – skoro w gazecie, po którą sięgał, w telewizji, którą oglądał, w radiu, którego słuchał, na portalach, do których zaglądał, zawsze znalazł tytuł, który krzyczał: Kościół to zło! Księża to zło! Wiara to zło!

    – Widziałem to wszystko i przyjmowałem z satysfakcją, bo miałem wymówkę dla swojego złego postępowania. Skoro w Kościele dzieją się takie rzeczy, to dlaczego ja nie mogę sobie pozwolić na zło dużo mniejsze? Ignorowałem więc większość przykazań Dekalogu – mówi.

    Pewnego pięknego dnia

    przyszła do niego żona i zapytała, czy nie poszedłby z nią na modlitwę o uzdrowienie. – Powiedziała, że przyjeżdża do Kłodzka specjalnie ksiądz z Lublina, charyzmatyk, który ma wielki dar od Pana Boga… I mimo że nie za bardzo wierzyłem w cuda opisane w Biblii, a już tym bardziej w kościelne, zgodziłem się z nią pójść. Gdzieś w podświadomości liczyłem na to, że może to nie być zmarnowany czas – wyznaje. Po Mszy św., której przewodniczył ks. Krzysztof Kralka ze Szkoły Nowej Ewangelizacji, zaczęła się modlitwa o uzdrowienie. – Ksiądz poprosił: „Trzymajcie się za swoje chore miejsca, a Pan Bóg będzie je uzdrawiał”. Ja niestety nie mogłem się za nie trzymać, ponieważ w moich rękach była nasza najmłodsza córka, która zasnęła podczas Mszy. Zrobiła to za mnie moja żona. Swoją dłoń przyłożyła do moich chorych pleców. I kiedy pierwsza osoba usłyszała, że Pan Bóg ją uzdrawia, to ja bardzo pragnąłem być następny, bardzo pragnąłem, żeby Pan Bóg właśnie mnie uzdrowił. I nagle słyszę słowa księdza, że jest z nami człowiek, któremu kiedyś wypadł dysk i od tej pory zmaga się z silnymi bólami pleców. Myślę: „Boże, to do mnie! To o mnie chodzi! To niemożliwe – wspomina.

    Zaczyna robić się ciepło,

    tam, gdzie Joanna trzyma dłoń. – Czuję, że ból kręgosłupa jest coraz słabszy. Ale to niemożliwe, bo ostatnio towarzyszy mi prawie nieprzerwanie od kilku miesięcy, a dodatkowo nasilił się właśnie podczas tej modlitwy, bo stoję w niewygodnej pozycji, trzymając naszą córkę na rękach – myśli. Ale z drugiej strony są fakty. Czuje, jak zaczynają przeszywać to miejsce ciepłe promienie, jakby promienie słońca.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół