• facebook
  • rss
  • Lata jak trawa

    dodane 24.07.2014 00:00

    Zapachy Huciska, dziadka Marcina i 45 lat kapłaństwa wspomina bp Ignacy Dec.

    Ks. Roman Tomaszczuk: Pamięta Ksiądz Biskup zapachy swojego rodzinnego domu?

    Bp Ignacy Dec: To była zwyczajna, wiejska chata zbudowana z drewna, pokryta strzechą (którą często trzeba było reperować, sąsiad Klimas był w tym mistrzem). Wybudował go mój tato Wojciech w roku swego ślubu z moją mamą Anielą, w 1931. W domu tym na świat przyszło ośmioro ich dzieci. Rodziły się co dwa lata, począwszy od roku 1932 aż do 1944, kiedy przyszedłem na świat jako siódme dziecko moich rodziców. Po mnie, ale już z przerwą czterech lat, urodziła się jeszcze jedna siostra. Dom miał trzy części: wielką izbę, dalej sień z kuchnią i jeszcze komorę. Każde z tych pomieszczeń miało swoją specyfikę, ale ponieważ dla tak licznej rodziny to niewielka przestrzeń, więc i tak wszystko się mieszało. Także zapachy, szczególnie pamiętam te kuchenne. Żyliśmy skromnie, nie głodowaliśmy, ale też się nie przelewało. Ponieważ paliło się lampą naftową, to jej zapach też jest wpisany w moje dzieciństwo. Był też strych, gdzie przechowywało się siano… bardzo lubiłem jego zapach.

    Decowie przekazują sobie z pokolenia na pokolenie jakieś rodzinne podania?

    Przyznam się, że choć między sobą mamy bardzo bliską więź, to jednak nigdy nie zagłębiałem się w genealogię. Natomiast mamy ogromny sentyment do lasu, bowiem nasz dziadek ze strony taty, Marcin, był leśniczym i wielu braci taty (gromadka dzieci też była liczna, bo było ich dziesięcioro) leśniczymi zostało. Tato jednak wybrał życie rolnika na niewielkim 3,5-hektarowym gospodarstwie w Hucisku. Niemniej las lubiliśmy, w lesie pracowaliśmy i z niego też żyliśmy, bo mieliśmy swój kawałek lasu.

    Czego Ignacy nauczył się od swojej mamy?

    Mama była człowiekiem modlitwy. Potrafiła nam też zaszczepić tę miłość do trwania w obecności Pana. Bo trzeba wiedzieć, że nabożne pieśni, począwszy od Godzinek, towarzyszyły matczynej pracy przez cały dzień. Zresztą tak było wtedy i gdzie indziej: podczas pracy w polu, czy gdy kobiety przędły len, zawsze słychać było śpiew. Pamiętam, że właśnie podczas Godzinek, gdy zbliżało się ich ofiarowanie, wiedzieliśmy jako dzieci, że to już koniec wylegiwania się w łóżku, bo skoro mama śpiewa: „Z pokłonem Panno Święta” – to cała rodzina ma być na kolanach.

    I mieliście na swej posesji krzyż.

    To było ważne miejsce dla całej wsi. Do kościoła było daleko, 10 km, więc na nabożeństwa gromadziliśmy się przy tym krzyżu. W świątyni modliliśmy się tylko w niedzielę, wtedy albo na piechotę (zimą) albo konikiem jechaliśmy na Mszę świętą.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół