• facebook
  • rss
  • Niebo się otwarło

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 36/2014

    dodane 04.09.2014 00:00

    Sylwetka. Rzadko się zdarza, żeby na dokumentach stwierdzających zawarcie małżeństwa zamiast podpisu był odcisk palca.

    Siedem lat temu wreszcie zdecydował ostatecznie: nie chcę być bratem zakonnym, chcę kochać kobietę – do końca swojego życia, tę jedną, jedyną. Zalogował się na portalu „Adonai” i umieścił na wirtualnej tablicy list.

    Witam Cię!

    Jestem Tomek. Długo myślałem nad tym „ogłoszonkiem”, gdyż nie lubię się reklamować. No cóż, jednak w moim przypadku trudniejsza jest inna forma spotkania, poznania Tej Jedynej, net jest, póki co, jedynym moim realnym wyjściem do ludzi... Wiem, że muszę dać szansę BOGU na dokonanie kolejnego cudu w moim czasem trudnym, ale szczęśliwym życiu. Jestem magistrem sztuki – grafikiem intermedialnym, wspaniale czuję wszystkie „narzędzia”, możliwości kreacji, które daje mi sztuka intermedialna. Pasjonuje mnie to i jest moim życiem oraz wyzwoleniem z moich fizycznych ograniczeń. – Byłam świeżo po rozstaniu z mężczyzną, którego poznałam na portalu „Adonai”. Facetów miałam dość. Weszłam na stronę nie po to, żeby szukać kolejnego. Chciałam poznać ludzi, którzy pomogą mi odnaleźć się we Wrocławiu. Zaczęłam tu mieszkać zaledwie pół roku wcześniej, ciągle czułam się obco. Było mi źle – wspomina Karolina.

    „Adonai” to nie jest portal randkowy, to platforma dla tych, którzy chcą odnaleźć ludzi wyznających wartości ewangeliczne, szukających pogłębionego życia duchowego, dążących do rozwoju wiary. – Zajrzałam do zakładki: „Nowi”. List Tomka zaintrygował mnie. Pomyślałam, że chciałabym mu poświęcić jakiś dzień. Zaczęliśmy korespondować ze sobą. Trwało to z półtora miesiąca, zanim zdecydowaliśmy się spotkać. Pojechałam do niego jako samarytanka, miłosierna „matka Polka” – mówi. W tym momencie wiedzieli o sobie sporo. Rozmowy na gadu-gadu do drugiej w nocy nie były banalną wymianą frazesów i informacji na temat pogody.

    Nie miałem łatwego początku

    17 grudnia Roku Pańskiego 1975 zostałem obdarowany czterokończynowym mózgowym porażeniem dziecięcym. Różne są stopnie mózgowych porażeń, mam jedno z najgorszych. Mądrzy mówili, że nic ze mnie nie będzie, lekko się pomylili. Pomimo takiej otuchy i zapewnień lekarzy Mama moja nie poddała się, zaczęła rehabilitować mnie od pierwszych tygodni mego życia. W 13. roku zacząłem rehabilitację metodą Domana, przez ponad 6 lat ćwiczyłem po 14 –16 godzin dziennie. – Kiedy weszłam do mieszkania, nie czułam żadnego lęku przed tym, kogo i jakiego zobaczę – mówi Karolina, która zazwyczaj czuje się nieswojo w nowym towarzystwie. – Wizyta trwała około czterech godzin. Byłam u siebie. Tomek opowiadał o swoim życiu: o grafikach, o filmach, które robił, o projektach, w które był zaangażowany, i o muzyce, którą komponował. Przyznam się do czegoś: niewiele go rozumiałam. Przytakiwałam jednak, uśmiechałam się i kiwałam „ze zrozumieniem” głową. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z kimś tak mocno niepełnosprawnym – wyznaje po latach.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół