• facebook
  • rss
  • Pasmo Bożego działania


    Mirosław Jarosz

    |

    Gość Świdnicki 37/2014

    dodane 11.09.2014 00:00

    – To, czego tu doświadczyłam, zaprzecza temu, co funkcjonuje w powszechnej opinii. Ludzie są dobrzy i chcą się tym dzielić z innymi – mówi s. Daniela.

    Sobięcin przez wielu uważany jest za najbiedniejszą dzielnicę pogórniczego Wałbrzycha. Wystarczy jednak choć chwilę porozmawiać z tutejszymi mieszkańcami, by przekonać się, że dzielnica ta niewiele różni się od innych. Faktem jest, że żyje tu wielu ludzi, którzy sporo stracili przez zmiany ustrojowe na początku lat 90. ubiegłego wieku. Po zamknięciu kopalń, z dnia na dzień stracili pracę. W zamian nie dostali zbyt wiele. Część z tych osób do dziś nie poradziła sobie z nową sytuacją.


    Czas na działanie


    Jasnym punktem na firmamencie dzielnicy są siostry niepokalanki i prowadzona przez nie szkoła. Przyjechały tu wraz z pierwszymi osadnikami w 1946 r. Wychowały tysiące dziewcząt i wpisały się na trwałe w historię tego miejsca. – Zawsze żyłyśmy w bardzo bliskich i dobrych relacjach z miejscową społecznością – mówi s. Daniela. – Ludzie dość często przychodzą do nas i proszą o najrozmaitszą pomoc, którą w miarę możliwości im udzielamy. Jednak szczególnie w ostatnich latach miałyśmy przeświadczenie, że za mało robimy dla miejscowych.
Za biedą materialną idzie bieda duchowa i to właśnie ona zaczyna stwarzać największe problemy. Cierpią na tym najsłabsi – dzieci. To one całymi dniami samotnie snuły się po szarych podwórkach. Od lat siostry wraz z dziewczętami ze szkoły przygotowywały na Boże Narodzenie paczki. Jednak zapotrzebowanie na nie ciągle rosło. W końcu przyszedł pomysł, by utworzyć fundację, która zajęła się prowadzeniem świetlicy dla dzieci. Dwa lata temu dopełniono wszelkich formalności i świetlica zaczęła działalność. – Rozpoczynaliśmy niemal z pustym kontem – opowiada s. Daniela, która zajęła się prowadzeniem świetlicy. – Za pożyczone pieniądze kupiliśmy sztućce, talerze i podstawowe wyposażenie kuchni. To, co później się działo, niektórzy nazywają serią szczęśliwych przypadków. My widzimy w tym konkretne działanie Pana Boga.


    Drobne wpłaty, 
wielkie dzieło


    Za każdym razem, gdy stan konta fundacji sięgał zera i wydawało się, że trzeba będzie zawiesić działalność świetlicy następnego dnia na koncie pojawiały się jakieś wpłaty. – To są czasami bardzo wzruszające historie – wyjaśnia niepokalanka – Jest pan Michał, który choć sam ma czworo dzieci co miesiąc wpłaca 100 zł. Przychodzą przelewy z dopiskiem „prowizja za dobrą żonę”. Okazało się, że wysyła je mąż jednej z naszych byłych wychowanek. 
Kiedy w pierwszym roku działalności pojawiła się groźba, że nie będzie tradycyjnych paczek świątecznych, nieoczekiwanie ktoś zorganizował wśród warszawskich studentów akcję informacyjną. Z dziesiątek niewielkich wpłat uzbierało się kilka tysięcy zł. Choinkowe prezenty okazały się tak wspaniałe, że dzieci oniemiały z radości. Przed zeszłorocznymi wakacjami na koncie pojawiła się suma na tyle duża, że siostry mogły zabrać 20 dzieci na wakacje. – To była dla nich wyprawa życia – wspomina s. Daniela. – Pierwszy raz w pociągu, pierwszy raz nad morzem. Może komuś wydać się to dziwne, ale jedno z dzieci nie wiedziało, jak się zachować, kiedy pierwszy raz w życiu kąpało się pod prysznicem. Codziennie pojawiał się ktoś, kto im coś organizował. Dzieci nie chciały wracać do domu. Pewnego razu jedna z dziewczynek podeszła do mnie i zapytała „proszę siostry, a kto za to wszystko płaci?”. Kiedy widzę, że w tak małym dziecku rodzi się tak ważna refleksja, to wiem, że one zaczynają rozumieć, że jest ktoś, komu na nich zależy. 


    Inne życie


    Podczas tegorocznych ferii zimowych 10 dzieci pojechało do Warszawy. Pierwszy raz w życiu widziały stolicę. Odwiedziły wszystkie ważne miejsca. Spotkały wiele osób które bezinteresownie się nimi zajęły. Pewnego dnia wszyscy poszli odwiedzić „Złote Tarasy”, by każdemu kupić buty, takie jakie sobie wybiorą. Dla niektórych były to pierwsze w życiu nowe buty. Wcześniej nosiły tylko używane. – Proszę sobie jednak wyobrazić, że najbardziej podobała im się wizyta w Muzeum Narodowym – mówi s. Daniela. – Wydawało mi się, że oglądanie obrazów nie będzie dla nich czymś atrakcyjnym. Tymczasem one zapamiętały lekcję o smokach i księżniczkach z obrazów. Okazało się, że nawet dzieci z dysfunkcyjnych rodzin, bez żadnego przygotowania mogą nawiązać znakomity kontakt z wysoką sztuką. Wtedy też zrozumiałam, że musimy im pokazywać, że istnieje inne życie niż w ich dzielnicy, w Wałbrzychu. Że są miejsca, w których można żyć inaczej. 
W miejscu takim jak Sobięcin potrzebna jest nie tylko rewitalizacja domów i ulic, ale co wydaje się ważniejsze, rewitalizacja mentalności. To jest największe wyzwanie. – Trudno nam to robić w stosunku do dorosłych, ale naszymi skromnymi środkami możemy zająć się choć tą niewielką grupą dzieci – tłumaczy s. Daniela. – Pokazujemy im, że jeżeli chcą coś osiągnąć w życiu, to mogą to zrobić. Środowisko, w którym się wychowują, nie będzie przeszkodą, jeżeli zaczną sami do czegoś dążyć. 
Informacje o działalności świetlicy można znaleźć na stronie www.fundacja.niepokalanki.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół