• facebook
  • rss
  • „Destiny” znaczy przeznaczenie

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 38/2014

    dodane 18.09.2014 00:00

    Pojechała, bo chciała być dobra. Wróciła jeszcze lepsza i z tęsknotą w sercu.

    Studiuje w Łodzi psychologię. Jest stypendystką Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia, pochodzi z Walimia, ma 21 lat i właśnie wróciła z wolontariatu na Ukrainie. Kamila Morawska.

    Co za ksiądz!

    Planując wakacje, wpisała w wyszukiwarce internetowej słowa: „wolontariat” i „wakacje”. Tak znalazła pilotażowy program wolontaryjny Caritas Polskiej. – Zostałam zakwalifikowana razem z dwoma innymi dziewczynami. Chciałam wyjechać na Wschód, na Ukrainę. Tak trafiłam do Pnikuta – opowiada. W ramach tego samego programu dwie inne dziewczyny zamieszkały w Jerozolimie, a jedna w Gazie. Pnikut to wieś o 70 km oddalona od Lwowa. Pochodzi z niej dyrektor Caritas Archidiecezji Lwowskiej, ks. Wiesław Dorosz, który zresztą studiował we Wrocławiu. – Tak pracowitego, zaangażowanego i oddanego sprawie księdza spotkałam po raz pierwszy w życiu – opisuje duchownego.

    – W Pnikucie buduje nie tylko Dziecięcą Wioskę Marzeń, ale prowadzi także piekarnię zaopatrującą w chleb mieszkańców wsi, do której nikt inny chleba by nie dowiózł. Ma też pasiekę – wylicza. – Najbardziej zdumiało mnie to, że on osobiście w to wszystko się angażuje. Na co dzień widzi się go na traktorze, w pasiece, przy załadunku chleba czy budowaniu kolejnego domu. W roboczym ubraniu, nieogolony, w jednym momencie zmienia się w eleganckiego księdza, bo… jedzie do Lwowa. Tam jest dyrektorem, tam ma biuro i współpracowników, tam urzęduje – uśmiecha się dziewczyna.

    Wioska jak marzenie

    – Pojechałam do Pnikuta, żeby uczyć dzieci języka polskiego i angielskiego – Kamila opowiada o swojej pracy. – Na miejscu okazało się, że dzieci właściwie dobrze mówią po polsku, więc wystarczy uczyć je pisania w języku rodziców i dziadków. Natomiast w angielskim mogłam się bardziej popisać – wyjaśnia. Kamila dołączyła do jednej z czterech rodzin, które mieszkają w wiosce Caritas i była u nich nie tyle w gościnie, co stała się jej członkiem. Uczestniczyła w codziennych zajęciach, obowiązkach i zadaniach rodziny. Pomagała tam, gdzie akurat trzeba było jej rąk, jej serca czy pomysłów. – Idea wioski jest taka: dzieci z przepełnionych i wielkich państwowych domów dziecka są adoptowane przez rodziców adopcyjnych, którzy taką liczną, bo 12-osobową rodziną przenoszą się do domu w Pnikucie. Docelowo domów ma być pięć, ostatni właśnie jest na ukończeniu. Chciałabym pojechać na jego otwarcie, pod koniec września – dodaje.

    Dziecięca Wioska Marzeń docelowo to także basen, amfiteatr i wspólny dla wszystkich rodzin „dom kultury”. – Wszystko jest prowadzone przez Caritas, a życiem społeczności kieruje niezwykła kobieta, Hela – dodaje. – Kobieta, od której uczyłam się bezinteresownej miłości do tych, którzy jej potrzebują, którzy bez niej mogą zginąć i którzy dzięki niej mają przyszłość. Ona też pokazała mi, że potrafię kochać dzieci – zaznacza.

    Pnikut na specjalnych warunkach

    Kamila jechała do Pnikuta jako ta, która chce dawać: swój czas, swoje siły, swój entuzjazm. Nie była przygotowana na przyjmowanie, ale to szybko się zmieniło, już po przyjeździe. – Kiedy szukałam miejsca na wolontariat, widząc ofertę naszej Caritas, w jednym błysku olśnienia wiedziałam, że to jest to! – wspomina. – Teraz wiem, że to był Boży błysk. Pan Bóg przygotował mi to miejsce. Do tej pory nie widziałam siebie w pracy z dziećmi. Kiedy jednak zamieszkałam z rodzinami w Pnikucie, codziennie coś się we mnie zmieniało. Otwierał się świat, którego się nie spodziewałam. Pomogły mi same dzieci. Bo chociaż na Ukrainie panuje wielka bieda, cały system społeczny jest anachroniczny, a infrastruktura to istna ruina, to jednak nie spotkałam tam nieszczęśliwych dzieci. Tyle życia, tyle radości i wdzięczności jak u tych dzieciaków, pochodzących zarówno z naszej wioski, jak i z samego Pnikuta, u małych Polaków w kraju widuje się rzadko – zapewnia.

    Opowiada też o tym, jak mocno zapóźniona cywilizacyjnie jest ukraińska wieś. – Ale to ma ten właśnie walor, że ludzie nie są narażeni na cywilizacyjną demoralizację. To naprawdę jest zauważalne: sposób zabawy, dbałość o więzi, zaangażowanie w życie wioski i parafii, pamięć o bliskich i potrzebujących – wszystko to jest całkowicie inne niż u nas. I ta inność bardzo mi imponuje, pociąga mnie i sprawia, że Pnikut i jego mieszkańcy mają specjalne miejsce w moim sercu. A przecież tam toczy się wojna! – wyznaje.

    Laszka-Polaszka znaczy się Polka

    O tym, co przeżywała, opisywała na bieżąco, prowadząc blog (laszkapolaszka.wordpress.com). Ostatni wpis brzmi tak: „Ani nie przepadałam nigdy za dziećmi. Ani nie miałam ciągot wioskowych. Ani nie pasjonowałam się formowaniem malutkich dusz ludzkich w obcym kraju, bla, bla… To nie jest jakiś wstęp do mojej odkrywczej odpowiedzi, bo takiej to nie mam. Po prostu tu jestem. Jeśli już trzeba by było odpowiadać, nie znalazłabym jednego powodu. Może jestem tu dlatego, żeby dowiedzieć się, że w lesie obok straszą duchy żołnierzy, którzy chowali się w okopach i na drzewach tamże. Jestem, żeby słuchać opowieści Dimki, który jest tak mądrym i żądnym wiedzy chłopcem, że nie tylko czaruje, ale też pewnie poprowadziłby ten blog sto razy lepiej ode mnie, gdyby tylko wiedział, że może, i uciekłby do wielkiego świata, gdyby tylko mógł. Pewnie jestem tu też po to, żeby poznać niezwykłą kreatywność dzieci. Przykład – w czasie zbierania drewna w lesie chłopcy wpadli na pomysł zawiązywania gałązek w superwymyślne wiązanki. Wracaliśmy do domu jak z polowania – każdy ze swoim montażem na plecach: ).” I nosi tytuł: „Destiny” – to znaczy przeznaczenie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół