• facebook
  • rss
  • Przedsionek domu Ojca

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 49/2014

    dodane 04.12.2014 00:00

    Kapłańska emerytura. Ponoć starych drzew się nie przesadza. Może to i prawda, ale nie w przypadku „drzew duchownych”.

    Budzi się każdy według własnego zegara, nie tylko biologicznego, ale także przyzwyczajeń dziesiątków lat, starczej bezsenności albo wprost przeciwnie – twardego snu zmęczonego człowieka. Czasami budzi ich ból albo walka o zdrowie – bo pastylki trzeba łyknąć. Wstają. Poranny pacierz albo psalm Wezwania to pierwsze słowa szeptane przyciszonym głosem. Poranna toaleta z sentymentalnym westchnieniem: ciepła woda… jak dobrze, nie to co na plebanii, gdy w łazience zimno, a woda już stygnąca.

    7.30 – według grafika

    Rzut oka na grafik w zakrystii. – Kogo tu s. Maksymiliana zaplanowała dzisiaj? – myśli ks. Augustyn Nazimek, emerytowany proboszcz ze Świebodzic (s. Maksymiliana to jadwiżanka). Sprawdza, który z emerytów będzie przewodniczył Mszy świętej. Powoli dołączają do niego kolejni kapłani mieszkający od kilku tygodni w nowej siedzibie Domu Księży Emerytów im. św. Józefa w Świdnicy. Na razie jest ich tylko dziewięciu. Może być ponad trzydziestu. W zakrystii uwija się druga jadwiżanka, s. Karolina. Pomaga księżom założyć albę, poprawia stułę, sprawdza, czy przy ołtarzu wszystko jest na swoim miejscu. W niedzielę i święta przewodniczący głosi homilię. – We Wrocławiu tego nie ma – zaznacza ks. Augustyn i cieszy się, że będzie opowiadał o dniu księdza emeryta. – Ale potem księża będą komentować, że do gazety się pchałem – uśmiecha się. – Niech ksiądz napisze prawdę, że wcale nie chciałem, tylko księdzu zależało – prosi, a potem mówi o niedzielnym głoszeniu Dobrej Nowiny. – To mobilizuje do refleksji, to każe mówić o swojej wierze, trzeba się rozwijać, bo słuchacze wcale nie są łatwi – zaznacza.

    8.15 – pierwsze opinie

    Siadają do stołu w refektarzu (jadalni). Pilnują swoich miejsc. Zajmowali je sukcesywnie, tak jak wprowadzali się do swoich mieszkań. Jeśli na Mszy św. było kazanie, rozmowa toczy się na jego temat. Jedni dopowiadają, inni wspominają swoje wersje i ulubione wątki ewangelicznych tematów, są i tacy, którzy krytykują – ot życie. Na końcu i tak zostaje pytanie: jaka dzisiaj pogoda? będzie strzykało w kościach? stawy bolą na zmianę? czy uda się spacer? W opiniach na każdy temat prym wiedzie ks. Barzycki. Ma silny głos, przebija się przez każdy zgiełk. Starszy pan znany jest już w większości świdnickich urzędów i instytucji. Odwiedził je wszystkie z misją, jaką uznał za swoją życiową: szerzenia Bożego miłosierdzia… Jest w tym dosyć oryginalny, żeby nie powiedzieć ekscentryczny, bo swoje prawdy wykłada z pomocą kostki Rubika. Gdy trzeba, rozmowa przenosi się do pokojów. Tutaj przy porannej kawie czy herbacie jeszcze łatwiej wspominać stare dzieje, śmiać się po raz „enty” z zabawnych sytuacji, potknięć czy słów dawnych znajomych, kolegów i przełożonych. Śniadanie to także dobra okazja do świętowania: imienin, urodzin czy innych kapłańskich rocznic.

    9.00 – dogonić czas

    Ksiądz Augustyn zerka na chwilę do komputera. W internecie sprawdza najnowsze wiadomości, ale tak naprawdę to z przyjemnością sięga po książkę. – Trzeba czytać, trzeba być na czasie, na bieżąco – mówi. – Bo o czym potem rozmawiać z kolegami? – pyta retorycznie i wymienia ostatnio przeczytane tytuły: „Trzy filary świata” Bendit Standaerta; „Wiara z lewej, prawej i Bożej strony” – bp. Grzegorza Rysia oraz „Jak Zachód utracił Boga” Mary Eberstadt. Teraz też jest dobry czas na inny relaks: drobne zakupy, spacer czy przyjmowanie gości. – Przede wszystkim jednak lektura, bo jak człowiek nie czyta, to potem także nie ma nic do powiedzenia – zapewnia.

    12.00 – znowu przy stole

    „Anioł Pański”. Spotykają się w kaplicy wszyscy, którzy akurat są w domu. Po modlitwie obiad. – Trzeba powiedzieć, że emerytura to czas dobrego żywienia – przyznaje ks. Augustyn. – To zasługa naszych pań kucharek. Szefowa jest po szkołach, ma papiery i dobrą praktykę. Panie gotują smacznie i zgodnie z zaleceniami dietetyków. Właściwie to wielu z nas wcześniej nigdy tak dobrze nie jadało, bo na plebaniach teraz to już bardzo różnie jest. A młodzi proboszczowie, szczególnie na wioskach, to często w ogóle nie wiedzą, co to porządne obiady – ocenia.

    13.00 – spacerem lub rowerem

    Rekreacja poobiednia. Znowu: spacer, może sjesta, przejażdżka rowerem. – Ci słabsi już niedługo wyjdą do naszego wewnętrznego ogrodu. Robotnicy już kończą pracę, więc niedługo będzie ślicznie. Ci silniejsi mają pod nosem jeden czy drugi park – mówi ks. Nazimek. – Niektórzy bali się, że w mieście będzie tylko bruk i asfalt, ale jest zupełnie inaczej. Nawet do lasu jest blisko. Jak było cieplej, to robiłem po południu 40–50 km na rowerze. Wokół miasta są ładne tereny do jazdy. Zwiedza się takie zakątki, do których samochodem nigdy by się nie dojechało – chwali.

    15.00 – braki też są

    Znowu kaplica. Godzina Miłosierdzia. Zaczyna ten, który przewodniczył Mszy świętej. – Na razie nie mamy jeszcze wyposażonej kaplicy głównej. Trzeba poczekać, ale skoro nas jest tak niewielu, to bez problemów mieścimy się w tej tymczasowej – zaznacza ks. Nazimek. Brakuje jednak nie tylko kaplicy. Nie ma także świetlicy rekreacyjnej. – Mówił o niej jeszcze śp. ks. Łukasz Ziemski, kiedy nas w maju oprowadzał po tym domu. Mój Boże, a to już miesiąc minął, jak przeszedł do wieczności – zamyśla się. – Życie… takie kruche jest. No ale my żyjemy dalej, więc wróćmy do tematu. Ta planowana świetlica jest po to, żebyśmy mogli w większym gronie spotkać się. Będzie tu czytelnia i telewizornia. Bo największy walor tego wspólnego mieszkania to fakt, że nie jesteś samotny – zapala się przewodnik. – Wielu z nas całe kapłańskie życie spędziło w samotności. Tylko niektórzy pracowali w szerszym składzie. I co? Można się do samotności przyzwyczaić? Nie można… można tylko zdziwaczeć, ale i tak radość bycia z innymi wybucha, gdy tylko nadarzy się okazja. Dlatego cieszy mnie wizja tej świetlicy. Tu będzie kwitło nasze życie towarzyskie – snuje plany.

    18.00 – aniołowie są blisko

    Kolacja, a po niej nabożeństwo, jeśli akurat kalendarz liturgiczny zachęca. – Tak naprawdę to zwyczaje i plan dnia wzięliśmy z naszego polanickiego domu – zdradza ks. Augustyn. – To się tam sprawdziło, sprawdza się i tutaj. Po posiłku czas na wieczorne zajęcia. Dla ks. Augustyna oraz dwóch Stanisławów: Majchrzaka i Melnika (wszyscy trzej mieszkają blisko siebie) to okazja do zagrania w karty. Kolejny dzień kapłańskiej emerytury dobiega końca. Jeszcze kompleta i sen. – Jestem wciąż pełen sił witalnych – zastrzega ks. Nazimek. – Dlatego mój dzień wypełnia ruch, książki i spotkania. Jednak moi bracia, cierpiący na dotkliwe schorzenia, więcej czasu spędzają z s. Karoliną. To nasz anioł, bo jest pielęgniarką. Zna się na rzeczy. Pilnuje leków, umawia wizyty, robi zastrzyki, kontroluje ciśnienie czy cukier. Dzięki niej mamy w razie potrzeby dwa wózki, balkonik czy kule. Ona też troszczy się o regularne wizyty kontrolne u lekarzy. W naszym wieku to bardzo ważna sprawa – tłumaczy i zamyśla się. Po dłuższej chwili dodaje. – Zna ksiądz to powiedzenie o starych drzewach, które nie przeżywają przesadzenia? U nas to nie działa. Za dużo wędrujemy przez życie, z miejsca na miejsce, żeby kolejna przeprowadzka miała nas zabić. Ale nie o tym chciałem… Wtedy, podczas mojego ostatniego dyżuru kaznodziejskiego w naszej kaplicy wypadał Dzień Zaduszny. Czy można mówić o śmierci w domu emerytów? Można, proszę księdza. Ale wtedy, gdy ta śmierć jest pokonana przez Życie. Wtedy nasz ostatni dom zamienia się w przedsionek domu Ojca, a my w synów wracających do siebie.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół