• facebook
  • rss
  • Śmierć dała szansę

    dodane 11.12.2014 00:00

    Joanna Strzyż jest laureatką konkursu zorganizowanego przez referat misyjny. W maju odwiedziła sławną Matkę Trędowatych, o której pisała pracę konkursową.

    Po tym, gdy dowiedziała się, że Dokta (tak nazywali tubylcy swoją lekarkę) zmarła, wspomnienia odżyły i postanowiła je spisać, bo zdała sobie sprawę, że dotknęła świętości.

    Prawdziwe życie – jest możliwe!

    W swojej refleksji podkreśla, że chociaż znała życiorysy wielu świętych, to wciąż czekała na spotkanie właśnie tej kobiety. – Zanim sięgnęłam po jej biografię, odszukałam jej fotografie. Byłam zaskoczona. Zobaczyłam starszą panią, z wielkimi okularami na nosie. Na każdym zdjęciu wyróżniała się uśmiechem na twarzy oraz oczami pełnymi radości – wspomina. Joanna sięgnęła po biograficzną książkę pt. „Spełnione życie”. Pierwsze stronice nie były o bohaterce, ale o miejscu, w którym mieszkała. Nastolatka nie była na to przygotowana. Zaskoczyło ją takie otwarcie i odczytała to jako znak pokory bohaterskiej lekarki. Kobieta opowiadała o Afryce, o ludziach z tego kontynentu i jej roli w Bulubie – gdzie spędziła swoje życie. – Autorka zabrała mnie do Ugandy, gdzie spełniła swoją misję – mówi. – Czułam żar klimatu podrównikowego na skroniach. Wreszcie pogłębiłam swoją wiedzę o jej pracy. Była lekarką, leczącą trąd, na terenach nad Jeziorem Wiktorii. Pani Wanda operowała bez rękawiczek i w ten sposób udowadniała, że nie boi się choroby. Nie straszni jej byli ludzie, którzy, zarażeni trądem, zostawali odrzuceni przez rodziny i społeczeństwo – relacjonuje.

    Miłość przemienia – wiem to!

    Jednak to, co najmocniej przemawiało do serca dziewczyny, to zmiana, jaka następowała w tubylcach. – Wlewała w ich serca nadzieję i radość z życia. Pokazywała, że są ważni. Sprawiała, że rodziny integrowały się, a społeczeństwo na nowo przyjmowało chorych do swojego grona. Dokta nie zamykała drzwi na klucz, zawsze była gotowa do pomocy – mówi i przechodzi do wątku patriotycznego. – Często wracała myślami „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”. Na pytanie, czy tęskni za Polską, odpowiadała, że tutaj w sercu Afryki, posiada książki, artykuły, periodyki, a nade wszystko ludzi, z którymi może rozmawiać w ojczystym języku, więc to jest jej „mała Polska”. To wystarczy – dodaje. Wanda Błeńska miała poczucie humoru. – Pewnego razu, kiedy słońce ogrzewało Jezioro Wiktorii, doktor Błeńska wypłynęła łódką na wodę. Znienacka zaatakował ją hipopotam. Kiedy wielka paszcza znajdowała się za misjonarką, ta krzyknęła: „Święty Michale ratuj, a ja będę wiosłować”! – Joanna Strzyż daje przykład i dodaje. – Zawsze, gdy mówiła o misjach, dopowiadała „Było ciężko tylko przez pierwsze 20 lat”. Nieliczni wiedzą, że Dokta miała swoją małpkę. Ta spała we własnym łóżku, które stało na werandzie. Małpka miała hobby – kradła wszystko, co znalazła w domu.

    Tak jak ona – pragnę!

    – Szybko zrozumiałam, że ta krucha lekarka będzie dla mnie wzorem do naśladowania, ideałem, bohaterem – wspomina Joanna. – Dlatego tak bardzo przeżyłam fakt spotkania się z dr Wandą Błeńską, która po powrocie z misji zamieszkała w Poznaniu. Mojej radości nie było końca. Pani doktor miała wtedy 102 lata. Nie kryłam też bólu, gdy media podały, że Matka Trędowatych nie żyje. Teraz jednak myślę, że mam w niej szczególną orędowniczkę, taką moją świętą, bliższą mi niż wtedy, gdy dzieliła nas odległość 2500 km. Oto kobieta, od której uczę się, jak kochać Boga i ludzi. Tak! – mogę dzisiaj powiedzieć z pełnym przekonaniem, że pragnę być taka jak Dokta, która podczas spotkania z hipopotamem, prosi o pomoc Opatrzność, ale cały czas wiosłuje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół