• facebook
  • rss
  • Gdzieś na końcu świata

    Mirosław Jarosz

    |

    Gość Świdnicki 02/2015

    dodane 08.01.2015 00:00

    Tuż przed nowym rokiem w domu sióstr klawerianek odbyło się pierwsze w diecezji świąteczne spotkanie rodzin misjonarzy.

    Rozpoczęto od Eucharystii, której przewodniczył bp Ignacy Dec. Po niej odbyło się spotkanie przy świątecznym stole. Był opłatek, życzenia i opowieści rodziców o pracy swoich dzieci gdzieś na końcu świata. Na zakończenie wystąpili kolędnicy misyjni z grupy Bakitha.

    Bp Ignacy, który chętnie wypytywał o szczegóły misyjnej posługi, osobiście wsparł akcję Kolędników Misyjnych. – Pierwszą formą naszej pomocy misjom jest modlitwa za misjonarzy – tłumaczy bp Ignacy Dec. – Oni, często w bardzo trudnych warunkach, głoszą Ewangelię ludziom, którzy jeszcze Jezusa nie znają. Druga rzecz to pomoc finansowa. Trudno głosić Jezusa Zmartwychwstałego, kiedy ludziom brakuje na najbardziej podstawowe potrzeby. Trzecią rzeczą jest życzliwość wobec misji i nasza misyjna postawa. Każdy z nas powinien czuć się misjonarzem na co dzień. W środowiskach, w których żyjemy, pracujemy powinniśmy o Bogu mówić i nie wstydzić się Go. Publicznie dawać świadectwo o Jezusie i mówić, kim jest On dla nas. Nie może być rozdziału miedzy życiem prywatnym i publicznym, bo życie jest jedno. Życie publiczne powinno być kształtowane naszą wiarą i przekonaniami. W tym roku kolędnicy misyjni pod patronatem Papieskiego Dzieła Misyjnego Dzieci wyruszyli do rodzin w swoich parafiach, by głosić Dobrą Nowinę i nieść pomoc dzieciom w Indiach. Pamiątka, którą kolędnicy pozostawiają w domach, ma kształt dzbana, by przypominał o darach chrztu świętego i powinności przekazywania wiary, a także chrześcijańskim obowiązku otaczania troską naszych braci i sióstr w potrzebie.

     

    Co czują ich matki?

    Danuta Smalec, mama ks. Mariusza Dębskiego, pracującego w Peru

    – Z jednej strony jest radość, a z drugiej zmartwienie i pytania, czy da sobie radę, czy podoła, czy nie zginie, czy wróci do domu. Martwię się nawet, czy na Mszy św. jest dużo ludzi, a nie tylko on i pies. Wiem, że dzieci odchodzą z domu, ale może nie na drugi koniec świata... Nawet jak zachoruje, to nie mogę go odwiedzić. Dumna jestem z tego, że pomimo takich trudów i narażania życia on chce robić coś dla kogoś. Teraz tamci ludzie są dla niego jak rodzina. Kiedyś uzbierałam trochę pieniędzy i dałam mu, by coś sobie kupił, a on mówi: „Świetnie, organizujemy pielgrzymkę, będę mógł zabrać jeszcze trzy osoby”. Najpierw mi się przykro zrobiło, bo to miało być dla niego. Ale zaraz ucieszyłam się, że myśli o innych.

    Zofia Kuniszewska, mama Niny Kuniszewskiej, świeckiej misjonarki pracującej w Peru

    – Kiedy myślę o córce, wszystkie uczucia mi towarzyszą. Na pewno jest niepokój i obawy. Do tego dochodzi bujna wyobraźnia i dużo emocji – jak u każdej matki. Nieraz płaczę, kiedy o niej opowiadam. Jest i duma z tego, że pomimo iż taka młoda, to sobie tam radzi zupełnie sama, w tak trudnych warunkach. Ona cały czas dokądś zmierza, szuka nowych dróg. Wierzę, że będzie wybierał zawsze te właściwe. Irena Pałys, mama ks. Bartłomieja Pałysa, pallotyna pracującego w Meksyku – Teraz jest mi szczególnie trudno, bo na syna był niedawno napad i strzelano do niego. Za każdym razem, gdy się żegnamy, towarzyszą nam łzy, bo pojawia się myśl, że może ostatni raz się widzimy. Zresztą on nie ukrywa przede mną, że w każdej chwili może zginąć. Jedzie do tamtych ludzi, bo oni go potrzebują, czekają na niego, kochają go, są teraz jego rodziną. Gdy wyjeżdża, nie bierze żadnych swoich rzeczy, tylko pełne walizy dla osób z jego parafii. Ostatnio prosił na przykład dla tamtejszych dzieci o słodycze, zeszyty, długopisy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół