• facebook
  • rss
  • Mały człowiek, który zostawił wielki cień

    Mirosław Jarosz

    |

    Gość Świdnicki 06/2015

    dodane 05.02.2015 00:00

    To był święty człowiek. Od tego zwrotu zaczyna się wiele wspomnień o skromnym zakonniku.

    Choć od śmierci o. Włodzimierza Zimoląga minęło już ponad 15 lat, to na jego grobie tuż obok sanktuarium MB Bolesnej w Starym Wielisławiu, gdzie przez wiele lat był proboszczem, wciąż płoną znicze i leżą świeże kwiaty. To jeden z widocznych znaków, że pamięć o tym kapłanie jest wciąż niezwykle żywa wśród tutejszych mieszkańców.

    Skromny pasterz

    – Dla mnie był to święty człowiek – Stanisław Surmiński zaczyna swe wspomnienia podobnie jak wiele innych osób. – Wymagający wobec siebie, skromny. Pamiętam, że jak tylko coś dostał, to zaraz przekazywał dalej. Uważał, że inni bardziej potrzebują od niego. Zaraz po wojnie założył tu dom zakonny i seminarium. Czasy były trudne, ale powołań dużo. Kiedy wieczorem przy kolacji brakowało jedzenia, wszyscy wspólnie się modlili. I zawsze już następnego dnia ktoś przywoził im żywność. Zresztą wszyscy mieszkańcy w miejscach, gdzie pracował o. Włodzimierz, chętnie pomagali, bo promieniowało od tego człowieka jakieś dobro. To był autentyczny pasterz wśród ludzi. W niedzielę kaplica przyklasztorna zawsze pękała w szwach. – Ojca Włodzimierza znałem niemal od samego początku jego pobytu w Polanicy-Zdroju – wspomina Tytus Wyczałek. – Przyjechaliśmy tu w 1947 r., kilka miesięcy później niż on. Mieszkaliśmy niedaleko klasztoru, o. Włodzimierz często nas odwiedzał, ze dwa razy w tygodniu. To były całkiem rodzinne, proste rozmowy. On był tak skromny, że przez wiele lat nawet nie wiedzieliśmy, że jest przełożonym zgromadzenia, nie tylko w tutejszym domu, ale w całej Polsce. Ludzie bardzo go szanowali jako zwykłego człowieka, a nie jako zwierzchnika. Potrafił jednoczyć ludzi.

    Mały wielki człowiek

    – Nie poznałam go osobiście, ale wysłuchałam o nim wiele świadectw – mówi Jolanta Czech. – Jest takie powiedzenie „Bardzo mały człowiek zostawił bardzo duży cień”. To do niego pasuje, bo był niewielkiego wzrostu, a zostawił ludziom wiele wspomnień, wszędzie gdzie pracował i żył. – Ja, moja rodzina i rodzice znaliśmy go bardzo dobrze – opowiada Maria Rosman. – Mój mąż pomagał w kościele, a w pierwsze piątki jeździł razem z nim i Najświętszym Sakramentem do chorych. On był taką osobą, że jeżeli przyszedł ktoś do niego np. z prośbą o jakieś ciepłe rzeczy na zimę, to potrafił ściągnąć z siebie i oddać proszącemu. Widziałam to na własne oczy. Wiem, że stosował dawne praktyki ascetyczne, takie, których dziś chyba już nikt wśród zakonników nie praktykuje. Niezależnie od pogody do oddalonego o kilkanaście kilometrów Kłodzka chodził pieszo albo jeździł na rowerze. W szkole franciszkańskiej uczył tam m.in. języka francuskiego. – To człowiek legenda na tutejszych terenach – dodaje Bogusława Głowania. – Kiedyś podarował mi książkę „O naśladowaniu Chrystusa”. Napisał w niej taką dedykację: „Nie będzie zapomniane przez Boga niczyje życie ofiarne i żaden piękny trud ludzki na ziemi tej nie przepadnie”. Te słowa szczególnie dotarły do mnie po jego śmierci. Zdałam sobie sprawę, że znakomicie opisują jego osobę. Pomyślałam, że skoro tak wiele osób go wspomina jako wyjątkowego człowieka, trzeba to spisać.

    Pamięć opisana

    Pomysł zrodził się szybko, jego realizacja trwa znacznie dłużej. Powstały już dwie części wspomnień. Do pierwszej świadectwa zbierały: Agnieszka Zwierzyńska-Drat, Maria Bielecka i Bogusława Głowania. Ich rozmówcy chętnie opowiadali o postawie kapłana i zakonnika, dzielili się przykładami. Z potrzeby serca powstała książka „Ojciec Włodzimierz Zimoląg SSCC w naszej pamięci”, wydana w 2005 roku. Wkrótce na liczne prośby osób, które także chciały dać świadectwo, rozpoczęto zbieranie kolejnych. W ubiegłym roku wydana została druga część pod tytułem „Ojciec Włodzimierz Zimoląg SSCC oczami przyjaciół i najbliższych”. Świadectwa podzielono na wspomnienia współbraci, duchownych i osób świeckich. Autorkami są Bogusława Głowania i Jolanta Czech. – Spisywanie tych wspomnień poprzedzały rozmowy z ludźmi. Słuchanie o człowieku, który żył Ewangelią i Ewangelię wprowadzał w życie, stało się dla nas ucztą duchową, a uczestnictwo w tej pracy po prostu szczęściem – ocenia Bogusława Głowania. – Rozmawiałam z dziesiątkami osób i wszyscy mówili o nim bardzo dobrze. To o czymś świadczy. Ale nie jest też tak, że za życia był przez wszystkich bardzo lubiany. Był niezwykle wymagający, a to nie zawsze ludziom się podoba. Sama byłam nauczycielem, więc wiem, jak to działa. Dopiero po latach przychodzi refleksja i widzimy, że to, co dawniej nas uwierało, później przyniosło dobre owoce. Z o. Włodzimierzem właśnie tak jest.

    o. Włodzimierz Zimoląg SSCC

    założyciel Polskiej Prowincji Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi oraz Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu Ołtarza. Zgromadzenie zostało założone we Francji na początku XIX wieku. Pierwsi Polacy wstąpili do niego w dwudziestoleciu międzywojennym. Wśród nich był Włodzimierz Zimoląg. Urodził się 10 lutego 1915 roku. w Sosnowcu, ale wkrótce wraz z rodzicami i rodzeństwem wyemigrował do Francji, gdzie poznał sercanów. Tuż po rozpoczęciu II wojny światowej złożył śluby wieczyste, a w 1942 r. przyjął święcenia kapłańskie. Pracował w Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu, gdzie organizował duszpasterstwo wśród Polonii. Zaraz po zakończeniu wojny został wysłany do Polski i założył Polską Prowincję SSCC. Pierwszym domem zgromadzenia w Polsce był klasztor „Chistus Rex” w Polanicy-Zdroju. Pozostał on do dziś domem macierzystym sercanów białych, który służy obecnie jako dom rekolekcyjno-wypoczynkowy oraz dom dla starszych i schorowanych współbraci. Zmarł 2 grudnia 1999 roku.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół