• facebook
  • rss
  • Dziękuję, tatusiu

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 10/2015

    dodane 05.03.2015 00:00

    Rok życia konsekrowanego. Kiedy jest jej ciężko, wtedy sięga po mały drewniany krzyżyk. Gdy trzyma go w dłoni, sił przybywa, ciemności rozświetla światło, a w sercu kołacze ciche: „Kocham cię. Jestem razem z tobą”.

    Znają ją jako Zofię Szydełko. Urodziła się ponad 60 lat temu w Wirach koło Świdnicy. Od 45 lat jest siostrą Beatą, bernardynką z Wielunia. – Na cmentarzu jest grób jej ojca, a starsi mieszkańcy wspominają jego wielkie serce dla pewnej Niemki z pięciorgiem dzieci – mówią sąsiedzi.

    Co dzieje się w sercu mężczyzny,

    który jako 56-latek dowiaduje się, że po raz czwarty zostanie ojcem? To musi być coś takiego, co przeżyli Zachariasz – mąż Elżbiety, Abraham – mąż Sary, a może Elkana – mąż Anny – biblijni starcy, którym rodzicielstwo nadało nowy sens życia. Podobieństwo jest na pewno w tym, że dziecko poczęte zarówno w biblijnych rodzinach, jak i u Szydełków z Wir zostało ofiarowane Bogu, zanim przyszło na świat. Tak zrobił Michał Szydełko. Oddał swoje nienarodzone dziecko Bogu za przyczyną Maryi. – Weź je sobie i zrób, co tylko Ci się, Maryjo, podoba, byle na Bożą chwałę – szeptał w kościele przed figurą Niepokalanej. Taki już był ten Michał z Wir, wrażliwy i pobożny. Bez reszty ufający Bogu i znający smak Bożej bojaźni. Traktował Boga na serio. Nie pozwoliłby sobie rzucać słów na wiatr. Bóg jest taki sam: bardzo na serio traktuje człowieka i jego ofiarę.

    Cztery lata miała Zosia,

    gdy jej siostra wyszła za mąż i wkrótce przeprowadziła się do Wielunia. Starego polskiego miasta z tragiczną historią 1 września 1939 r., gdy o 4.40 pierwsze wojenne bomby zrównały z ziemią centrum miasta i zabiły niczego niespodziewających się kilkudziesięciu mieszkańców. Tak, tak, tutaj zaczęła się II wojna światowa, nie na Westerplatte. Ale to także miasto kościołów. Kiedyś zakonnych, a dzisiaj pełniących już inne funkcje i służących miejscowym parafiom. Jednak w jednym z nich, niegdyś paulińskim, od dobrych 200 lat mieszkają bernardynki. – Kiedy jako dziewczynka weszłam do klasztornego kościoła, poczułam się jak u siebie. Te mury zaczęły być dla mnie swojskie, bliskie mojemu sercu. Byłam tu pierwszy raz, a już znałam to miejsce, a ono jakby mnie także poznało – wspomina s. Beata. Wtedy przyszła ze swoją siostrą, bo ta zamówiła u mniszek haftowaną aplikację na sukienkę pierwszokomunijną swojej córki. Od tamtej wizyty, z miesiąca na miesiąc i z roku na rok serce dziewczynki coraz mocniej otwierało się na Boże wezwanie. Bóg przyjął ofiarę, jaką ze swego dziecka uczynił jego ojciec. Wybrał ją sobie i zechciał mieć tylko dla siebie.

    Wszystkie znaki na niebie i ziemi,

    a szczególnie w sercu mówiły jednak, że klasztor, i to jeszcze klauzurowy, to nie jest dobry wybór dla Zosi i jej ojca. Więź, jaka łączyła córkę z ojcem, była tak mocna, że nie sposób ich było rozdzielić. Dla dziewczynki nie matka, ale od zawsze ojciec był całym światem. Dla niego ta córka to był dar z nieba. Mówili sobie o wszystkim, nie mieli przed sobą żadnych sekretów. Ojcowska czułość, mądrość i autorytet dla dorastającej córki stawały się najsolidniejszym fundamentem życia. – On oczywiście pierwszy dowiedział się, o czym marzę – wspomina s. Beata. – To był piękny majowy wieczór, kiedy kwitły i pachniały bzy. Po moim wyznaniu przytuliłam się do jego serca, a on, jak zawsze, pogłaskał mnie po głowie i tak trwaliśmy bez słów. Wiedziałam, nie musiałam patrzeć, że po jego policzku płyną łzy. I choć było to dla nas obojga po ludzku niemożliwe, to jednak w imię posłuszeństwa Bogu i kiedyś uczynionej ofiary, z wielkim wewnętrznym spokojem kolejne kilka lat przygotowywaliśmy się na dzień mojego wstąpienia do klasztoru – wspomina.

    Gdy skończyła 15 lat,

    nie mogła już wytrzymać bez krat. Ówczesna przełożona klasztoru namawiała ją, żeby wpierw skończyła szkołę średnią, tym bardziej że podstawówkę ukończyła z bardzo dobrymi ocenami na świadectwie. – Powiedziałam, że „skoro mnie tu nie chcecie, to ja pójdę szukać gdzie indziej” – uśmiecha się s. Beata. – Dzisiaj bym zrobiła pewnie to samo, co wtedy, ale już innym radziłabym: skończ szkołę, a potem do klasztoru – przyznaje. – Bo jak to jest naprawdę twoja droga, to i twoje wykształcenie się tu za kratami przyda. Jeżeli jednak powinnaś wrócić do świata, to wtedy jesteś na ten powrót przygotowana – wyjaśnia. Dzień przed wyjazdem do Wielunia był intensywny. Przygotowania, pakowanie, pożegnania. Zosia usnęła snem kamiennym. Jednak gdy nad ranem się przebudziła, zobaczyła swojego ojca klęczącego i modlącego się przy jej łóżku. Noc spędził na modlitwie zupełnie jak Jezus, który spotkaniem z Ojcem poprzedzał wszystkie ważne wybory swego życia. – Nasza więź jest ważna i piękna, ale Bóg jest ważniejszy – powiedział wtedy ojciec Zosi, nie kryjąc łez.

    Klasztorna cela

    dzielona ze współsiostrą miała zaledwie kilka metrów kwadratowych. Mebli prawie nie było. Stare, poniemieckie łóżko, w którym urzędowały drewnojady, stolik, malutka szafka w ścianie, taboret z miednicą. – Obiłam go sobie twardą tekturą, o którą poprosiłam jedną z sióstr, u której zauważyłam nadające się do wykorzystania w tym celu pudełko. Pomalowałam je farbą i w ten sposób miałam o jedną półeczkę więcej – wspomina rok 1970. Klasztor był wtedy miejscem bardzo ubogim, a 28 sióstr musiało się zdać na Bożą opatrzność. Zamknięte w klauzurze papieskiej, rygorystycznej, nie miały kontaktu ze światem, więc i świat o nich za bardzo nie pamiętał. Zimą w kaflowych piecach paliły tylko raz na tydzień. W refektarzu jadły z kamionkowych misek na stołach z surowego drewna, takiego samego, jakim były wyłożone klasztorne podłogi. Uprawiały skrawek pola, hodowały zwierzęta i liczyły na ludzką łaskę. Dopiero po kilku latach episkopat postarał się o pomoc dla klauzurowych zakonnic z organizacji Kirche in Not (Kościół w Potrzebie). Po „Solidarności” siostry wreszcie dostały emerytury i ubezpieczenie jako ekwiwalent za ziemię, jaką komuniści zagrabili po wojnie, a której uprawianie czy dzierżawa były przez całe wieki podstawą zakonnego utrzymania. – Ja jednak niczym się nie zrażałam, na wszystko to przygotował mnie mój tatuś. Wiele miesięcy wcześniej powtarzał: to jest trudne życie, to jest ofiara i wyrzeczenie – choć nie znał szczegółów zakonnego życia, trafiał w sedno – mówi bernardynka.

    Ratujmy dusze grzeszników,

    pomóżmy nieść krzyż Jezusowi, nie pozwólmy, by marnowała się Krew Przenajdroższa, którą Jezus wylał za nas – powtarzał bardzo często Michał Szydełko, przekonując swoją córkę do ofiary ze swojego życia. – Starałam się wprowadzać w swoje życie to wszystko, czego mnie uczył, dlatego także życie w klauzurze ani na chwilę mnie nie rozczarowało – zapewnia siostra. Opowiada jednak o trudnym momencie, gdy po ośmiu latach jej pobytu w klauzurze ojciec umierał na raka. – Wiedziałam, że tatuś cierpi, ale nie umiałam mu ulżyć w bólu. Byłam kilkaset kilometrów od domu. Co gorsza, wiedziałam, że nawet jeśli umrze, nie pojadę na jego pogrzeb – w tamtych czasach nie było w zwyczaju opuszczać klasztor nawet z takiego powodu – wspomina ten czas. – Pociechą dla nas obojga były listy. Przez osiem lat napisał do mnie 280. Przynosiły pokrzepienie, umocnienie w powołaniu, rady i zwykłe historie z Wir – dodaje. Tego dnia, gdy Michał Szydełko umarł, w klasztorze był z wizytą miejscowy biskup. Gdy matka przełożona podzieliła się z nim smutną wiadomością, ten spontanicznie udzielił pozwolenia na udział córki w pogrzebie. – Odczytałam to jako wielką łaskę od Boga – mówi s. Beata. Do trumny rodzina włożyła tylko jedno: ramkę z fotografią Zosi, ukochanej córki zmarłego. Tę samą, która towarzyszyła mu wszędzie, odkąd córka wstąpiła do klasztoru. Tę, która była przy nim, gdy cierpiał i umierał.

    Ściskam krzyżyk w dłoni,

    gdy dzisiaj nie jest łatwo – mówi siostra. – Dostałam go od tatusia w dniu, gdy szłam do klasztoru. Zwykły, drewniany, wyrzeźbiony przez tatusia podczas pobytu w łagrach. Nie rozstawał się z nim nigdy. Teraz noszę go ja. To wielki znak miłości Boga, Ojca Niebieskiego, i mojego ziemskiego tatusia – wyznaje. Jakiś czas po pogrzebie pod dom Szydełków w Wirach zajechało kilka eleganckich samochodów na niemieckiej rejestracji. Wysiadło z nich kilkanaście osób. Wśród nich wdowa po Michale rozpoznała Niemkę, dawną właścicielkę gospodarstwa, które po wojnie otrzymali Szydełkowie. Kobieta przyjechała do Wir z całą swą rodziną: pięciorgiem dzieci z małżonkami i ich dziećmi. Chciała pomodlić się na grobie Michała, swego dobrodzieja. I w ten sposób oddać hołd dobremu Polakowi. – Zaraz po wojnie tatuś osiadł w Wirach, ale Niemcy wciąż tu mie- szkali. Wtedy poznał dawną gospodynię swojego nowego gospodarstwa, wdowę opiekującą się czworgiem dzieci i schorowanym ojcem – wyjaśnia zajście s. Beata. – Przez cały czas, zanim wyjechali w głąb Niemiec, tatuś opiekował się tą rodziną, pomagał jej, bronił przed sąsiadami, którzy nie byli tak życzliwie do Niemców nastawieni jak on.

    Od 45 lat

    siostra Beata żyje w klauzurze. Odkąd tylko przyszła jako nastolatka, zajmowała się kościołem klasztornym. Jako zakrystianka pełniła także inne posługi: była siostrą zewnętrzną, ekonomką, sekretarką, furtianką, przełożoną, radną. – Dzisiaj, gdy jest nas tylko 14, każda ma kilka zadań do wykonania – wyjaśnia. – Ja jednak spokojnie czekam tylko na śmierć. Chcę być na nią gotowa. Tęsknię bardzo za Ojcem i tatusiem. Gdy opuszczę klauzurę w godzinie śmierci, liczę na to, że obaj wyjdą po mnie, a ja będę mogła znowu dać im się kochać ojcowską miłością. Ale wtedy już na zawsze. Bez końca i całkowicie, bez reszty.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół