• facebook
  • rss
  • Z ojca na syna… i córkę

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 10/2015

    dodane 05.03.2015 00:00

    Nie mają Koła Gospodyń Wiejskich, nie mają zespołu folklorystycznego, a przecież są wyjątkowi.

    Dzisiaj można się uczyć od mieszkańców Grodziszcza, jednego z sołectw gminy Świdnica, inwencji i skuteczności w zdobywaniu pieniędzy na działalność edukacyjną, zdrowotną i promocyjną. To jednak nie wzięło się znikąd.

    Wykaż się, to cię poprzemy!

    Jak tylko ludzie zrozumieli, że wreszcie mogą decydować o sobie (był to rok 1990), nie czekali już na dyrektywy z Warszawy, tylko wzięli się do pracy. – Dla siebie i dla naszych dzieci – mówi Henryk Sara, mieszkaniec Grodziszcza, długoletni radny gminny. – Zaczęło się od zbudowania świetlicy, potem była szkoła, kanalizacja, wodociąg, telefon – wszystko z wielkim wkładem i przy zaangażowaniu całej społeczności – podkreśla. Dzisiaj warunki się zmieniły, nie wszystko da się zrobić w czynie społecznym, spontanicznie, zrywem. Dzisiaj trzeba planować, pisać programy i działać w wolontariacie. – Ale sens jest taki sam: bez społeczników, bez ludzi oddanych sprawie, którzy bez oglądania się na innych, a często i na swój własny interes, walczą o więcej nie tyle dla siebie, ile dla wszystkich mieszkańców, zostają tylko stagnacja i marginalizacja – dodaje. Przytakuje mu Krystyna Karbowiak. – Ma- my to szczęście, że nasza wójt Teresa Mazurek bardzo wspiera wszelkie lokalne inicjatywy na rzecz różnych grup społecznych. Czujemy się docenieni za naszą aktywność i wiemy, że możemy liczyć na wsparcie i współpracę – zapewnia.

    Bez rodziców, czy raczej dzięki rodzicom!

    Bo w pojedynkę można mniej niż we współpracy. Kiedy w roku 2010 zdecydowali się założyć Stowarzyszenie „Sztafeta Pokoleń”, mieli już za sobą pierwszy sukces. W ramach programu Odnowa Wsi Dolnośląskiej postawili na integrację międzypokoleniową. Pomysł się spodobał, otrzymali dofinansowanie i młodzież mogła zaopiekować się grupą seniorów. – Wtedy jeszcze potrzebowaliśmy wsparcia parafii i je dostaliśmy, ale przekonaliśmy się, że warto być samodzielnym. Dlatego powstało stowarzyszenie, którego nazwa jest zaczerpnięta z naszego pierwszego projektu – wyjaśnia Justyna Sara-Hryncyszyn, prezes stowarzyszenia, a prywatnie córka Henryka Sary. – Bo u nas tę społecznikowską żyłkę się dziedziczy – uśmiecha się i wskazuje na innych, którzy najpierw napatrzyli się, jak o lepsze jutro walczyli ich rodzice, a teraz sami nie potrafią usiedzieć w domu. – Z dzieciństwa kojarzę, że wciąż nam było mało rodziców w domu – zastrzega Robert Rusak, także członek stowarzyszenia oraz działacz sportowy. – Dzisiaj jednak wiemy, że warto było zapłacić tamtą cenę, żeby mieć wzór do naśladowania i pójść śladami swoich rodziców – uśmiecha się. – Nie wyobrażam sobie życia spędzonego przed telewizorem czy komputerem.

    No właśnie, co oni z tego mają?

    Nie liczą kosztów, jakie ponoszą. Społecznikostwo bowiem to inwestycja długoterminowa, która zwraca się w tzw. dobru wspólnym. – Płaci się cenę w życiu rodzinnym i ponosi się koszty materialne – mówi pani prezes. – Oczywiście najwięcej rozterek jest z powodu tych pierwszych. Mam małe dziecko, więc przeżywam to na bieżąco. Jednak kiedy spokojnie rozważy się tę sytuację, wtedy przychodzi pokój. Bo przecież nie możemy się zamknąć we własnej rodzinie i skupić wyłącznie na osobistym szczęściu. Prawdziwa miłość zawsze chce się udzielać, chce wychodzić dalej. My robimy to akurat tak – wyjaśnia. Jest także satysfakcja z pomysłów, które różnym gremiom konkursowym przypadły do gustu. – Na przykład do konkursu ogłoszonego przez firmę Danon zgłoszono 400 pomysłów, z nich wyłoniono 32, a jako wzorcowe wskazano zaledwie osiem – w tym nasz. Czy to nie jest powód do radości? Jest! Więc takie chwile przekonują, że nasza praca ma sens – mówi pani prezes. W ciągu kilku lat stowarzyszenie było beneficjentem kilku programów zarówno unijnych, samorządowych, jak i firm prywatnych, takich jak wspomniany Danon. – Otrzymaliśmy pieniądze z Fundacji Wspierania Wsi, z Europejskiego Funduszu Wspierania Wsi Polskiej, Urzędu Gminy czy z Urzędu Marszałkowskiego – wyliczają aktywiści. – Dzięki temu zrealizowaliśmy projekty, których wspólnym mianownikiem jest spotkanie międzypokoleniowe. To nasza specjalność – dodają. I faktycznie. „Sztafeta pokoleń” od której wszystko się zaczęło, „Aktywnie po zdrowie”, „Zdrowie na talerzu”, „Internet dla starszaka” czy wreszcie najnowszy pomysł „Grodziszcze – lipna wioska pachnąca chlebem” – zawsze pozwalają dzieciom i młodzieży spotykać się w działaniu z dorosłymi. – Taka jest specyfika małych miejscowości, gdzie każda grupa wiekowa nie jest dostatecznie liczna, by tworzyć wielkie projekty, ale już gdy porzucimy kryterium wieku, stajemy się dostatecznie silni, żeby być partnerem dla instytucji i firm – mówi Krystyna Karbowiak.

    Mają coś innego niż wszyscy

    Stowarzyszenie jest inicjatorem działania, ale i dowodem, że jest ono sensowne i przynosi konkretne owoce. Dlatego jakby przy okazji albo w konsekwencji projektów krótkoterminowych rodzą się inicjatywy długoterminowe. Dobrym przykładem czegoś takiego jest powstający w Grodziszczu Klub Starszaka. – Inicjatorami klubu są ludzie, którzy wzięli udział w naszym projekcie edukacji internetowej. Spodobało się im bycie ze sobą. Wyszli z domów, spotkali się, czegoś się nauczyli, a teraz chcą iść dalej – uśmiecha się pani prezes. – Inny przykład to boisko do plażowej piłki ręcznej. Młodzi z naszego stowarzyszenia postanowili zrobić coś więcej i tak się stało. – Nie mamy koła gospodyń wiejskich, nie mamy zespołu folklorystycznego, jednak nie jesteśmy przez to ubożsi od innych. Mamy bowiem inne pomysły na promocję wsi, na twórcze spędzanie czasu i aktywne działanie na rzecz wszystkich mieszkańców nie tylko Grodziszcza, ale i gminy – podsumowuje Henryk Sara.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół