• facebook
  • rss
  • Wolność zakratowana

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 12/2015

    dodane 19.03.2015 00:00

    Prezentki tym razem faktycznie przyszły z prezentem.

    Ojciec zostawił go, gdy właśnie uczył się mówić: tato. Na skutki trzeba było poczekać 10 lat.

    Trzy miesiące temu skończył 13 lat,

    więc jest już na tyle dorosły, żeby zamknąć go w poprawczaku. Pierwsze osiem dni z 1800, jakie tu spędzi, to izba przejściowa, tzw. kabaryna. Oddaje swoje prywatne ubrania, dostaje zakładową pidżamę, mydło, szczoteczkę do zębów i pastę. Gdy zatrzaskują się za nim drzwi, zostaje sam w pokoju z kratami w oknach i przykręconymi do podłogi łóżkiem, stołem i krzesłem. – Jestem zamknięty. Po raz pierwszy – myśli. Nie potrafi powstrzymać łez. Gdy dwa dni później przyjedzie babcia z mamą, nie zobaczy się z nimi. Regulamin nie pozwala, za wcześnie. Wtedy ukłuje go samotność i tęsknota. Usłyszy, jak strażnik wyjaśnia, że widzenie nie jest możliwe i zacznie szaleć. Damian, 13-latek uwięziony. Trzynastolatek, który od dwóch lat robi, co mu się podoba, który smakuje wolność, o jaką walczy każdy dorastający chłopak, a którą on dostaje za szybko.

    Zaczęło się od wagarów

    Miał lat 11. – Szkoła zawsze jest trudna, a co dopiero, gdy dorosłym brakuje siły, żeby cię do niej zmusić – wyjaśnia. Gdy uciekał z lekcji z kumplami, czuł smak niezależności. Bez rygoru dzwonków, nauczycieli i zasad. Bez konieczności robienia tego, co każą. Wolność – wtedy miała smak poranków spędzanych gdzieś na ulicach, szwendania się po sklepach, a latem łażenia po parkach. Fajnie było. Luz. Potem trzeba było postawić krok następny. Miał już lat 12. Ktoś dał mu zapalić maryśkę: błogi spokój, lekkość na sercu, dystans do wszystkiego. W tak prosty sposób ulice, sklepy i parki zamieniły się w raj. Na haju, ale raj – co za różnica, jak się do niego doszło? Wciąż miał 12 lat, gdy ktoś inny, starszy ziomek, dał mu pierwszą kreskę. – Po amfie ciśnienie uderza do głowy, łzawisz, a gorycz piecze w gardle. To trwa ze trzy minuty, potem zaczyna się jazda – mówi. – Jesteś pobudzony, nie możesz usiedzieć na miejscu. Biegałem po ulicy, jak nienormalny, paliłem papierosy jeden za drugim, jak się zapętliłem, to potrafiłem chodzić w koło, byle nie siedzieć w miejscu i ręce… latały jak nie wiem co – opisuje. Takie przyjemności kosztują. 20 zł za gram amfetaminy albo 30 zł za gram marihuany. Trzeba kraść, żeby za nią zapłacić.

    Dostaje kuratora. Nie pomaga

    Idzie do domu dziecka. Ale to na nic. – Jak raz zasmakujesz w wolności, to nie dasz jej sobie zbyt łatwo odebrać – przekonuje i zaczyna opowiadać o tym dniu. Najpierw uciekł z sierocińca, bo dowiedział się, że mama leży w szpitalu. Musiał ją odwiedzić. 20 km na piechotę, byle tylko powiedzieć jej, że ją kocha. Szpital, kroplówka, stan ciężki… widok nie do zniesienia.

    Trzeba się znieczulić.

    Idzie się upić, a stres i żal z powodu chorej matki wyładowuje na ulicy. Gdy widzi tego łebka, ktoś zaczyna wkręcać, że chłopaka trzeba ustawić, bo nie szanuje zasad. Więc go ustawia. Bije i nie wie, kiedy przestać. On, dwunastolatek. Złapany wraca do domu dziecka. Tutaj kolejna akcja – demolka. Kończy 13 lat i 5 dni później przewożą go do Izby Dziecka, potem do schroniska dla nieletnich, a gdy pani sędzia nie ma wątpliwości, że pomóc mu może tylko poprawczak, trafia wreszcie za kraty.

    Po czterech latach w zakładzie,

    12 marca w poprawczakowej kaplicy patrzy w oczy Matce Boskiej Wolności albo, jak chcą inni, od Wykupu Niewolników. Oba tytuły pasują jak ulał. Obraz przyniosły siostry prezentki. – To takie, co rozdają prezenty? – myśli z powodu skojarzenia słów. Niech będzie i tak, w końcu faktycznie ta wizyta to prezent. Damian czyta modlitwę, jaką ułożył 50 lat temu abp Karol Wojtyła. Wszystko się zgadza. Jest wolność zewnętrzna, fizyczna, ale i ta wewnętrzna, której kraty nie przeszkadzają. Ta druga to dar od Boga. Chłopak już o tym wie. Przekonał się, że jest w człowieku coś „najwyższego i najwspanialszego”, to „dar wolności dzieci Bożych”. Wtedy w Krakowie, podczas koronacji cudownego wizerunku, młody arcybiskup modlił się o ten dar dla siebie i dla zebranych wokół niego, ale to nie wszystko; pamiętał też o przyszłych pokoleniach. Musiała ta modlitwa dosięgnąć także Damiana, który teraz nie może się nadziwić, że wolność dwunastolatka już mu nie smakuje. Woli inną. Dojrzalszą. Ma lat 17 i gorąco błaga Boga: „Spraw Boże, abym przez zasługi i orędownictwo chwalebnej Matki Syna Twojego został uwolniony od wszelkich win i z niewoli szatańskiej. Amen”.

    Wyjdzie za rok

    Wróci do domu – na stałe, bo już dzisiaj jest tam często: ma dobrą średnią ze szkoły, ma punkty za zachowanie, dostaje przepustki. Jeszcze tylko trzecia gimnazjum i wreszcie wolność. – Matkę Bożą proszę, żeby pomogła mi zrozumieć, jak żyć, żeby już nigdy za kraty nie trafić, i jak kochać, żeby wolności uczyć innych. Bo tego można się nauczyć. Coś o tym wiem.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół