Nowy numer 17/2018 Archiwum

Na końcu jest ulga

Przez zmęczenie i ciemność na Golgotę, a potem prosto w światło życia – taka jest logika naśladowania Chrystusa – także tego z Wielkiego Piątku.

Piotr Białokryty rzucił hasło: Ekstremalna Droga Krzyżowa i odpowiedziało na nie dwanaście osób. Wyszli po ciemku na szlak z Ząbkowic Śląskich do Wambierzyc. Potrzebowali dziewięciu godzin, by o czwartej nad ranem pokłonić się Maryi i prosić Ją o wstawiennictwo u Jej Syna. Dotarli do Dolnośląskiej Jerozolimy w komplecie. Pokonali trasę tej samej długości, ale duchowo każdy szedł swoją drogą.

Agnieszka Gnach,

lat 42, zamężna, jedno dziecko. Po rozmowie ze mną napisała list: „Witam Księdza ponownie – znalazłam adres! Zaintrygował mnie Ksiądz tym ostatnim pytaniem. Chodzi o to, czy zmęczenie, ból i cierpienie nie przeszkadzało w modlitwie, w skupieniu. A czy samo takie cierpienie nie może być modlitwą? Przeczytałam gdzieś kiedyś, że modlitwa zaczyna się tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości... Tak jak mówiłam, było tak, jak myślałam, jak chciałam. Był czas na głęboką i długą modlitwę, na refleksję, na to, żeby w tej fantastycznej ciszy i ciemności pobyć z Panem Bogiem, pomilczeć i poczuć Jego bliskość. I był czas na cierpienie – kiedy przyszło zmęczenie i ból. Dobrze, że było. Cierpienie oczyszcza i daje siłę. I ma sens – jak w pieśni: „prowadzi do pełni życia” Dobrze było tak pocierpieć. Myślę, że pomysłodawca tej drogi nie bez powodu zaplanował, żeby miała ona określoną liczbę kilometrów, żeby była odpowiednio długa, żebyśmy mieli czas poszczególne jej etapy właściwie przeżyć i odczuć. Mnie się chyba udało. Pytał Ksiądz, czy wynikło z tego coś konkretnego, jakaś decyzja. Nie. Ale co najważniejsze, wszystko, co „dźwigałam”, z czym poszłam, zawierzyłam Panu Bogu. I poczułam ogromną ulgę. Wyciszyłam się. I na koniec tak sobie przez chwilę pomyślałam, że jakkolwiek niektóre z tych spraw się potoczą i jakkolwiek się zakończą, to przyjmę to spokojnie. Dam radę! Moja śp. babcia Karolina mawiała, że „»bez Boga ani do proga« i że »jak w życiu Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne jest na swoim, na właściwym miejscu«”. I ja z tej Drogi Krzyżowej wróciłam z przekonaniem, że w moim życiu wszystko jest na właściwym miejscu”.

Wojciech Maj,

lat 37, żonaty, troje dzieci. Poszedł, bo skoro z kolegą ma czas na piwo, to może raz będzie inaczej i znajdzie czas na Drogę Krzyżową. Także z nim, Bogdanem Tułą. – Nie jestem uduchowiony, brakuje mi tego wewnętrznego światła – wyjaśnia zaraz na początku rozmowy. – Może dlatego czuję się dobrze w tej ciemności i ciszy. To było najmocniejsze. Cisza. Byliśmy razem, szliśmy obok siebie, ale przez tyle czasu nie zamieniliśmy ze sobą właściwie ani słowa. A jednak coś się wydarzyło. Połączyły nas cel i wysiłek drogi. Połączyła przygoda i czujność jednego na drugiego: żeby przyjść z pomocą, żeby nie zgubić, żeby nie wejść w drogę – relacjonuje. Nie może zapomnieć tekstu rozważań – te były odczytywane głośno przy poszczególnych stacjach. To kilkanaście zdań o męskiej stronie rzeczywistości, to także historie ludzi, którzy mierzyli się z wyzwaniami. Przejmujące i nie dla mięczaków, nie dla cwaniaków i kombinatorów, i nie dla leserów. No to dla kogo? – Nie wiem. „Jeżeli myślisz, że Pan Bóg ci pomoże, to jesteś głupi, nie pomógł swojemu synowi, nie pomoże i tobie”, więc także nie dla głupców – mówi, cytując fragment krzyżowej refleksji. – Te słowa nie dają mi spokoju. Kryje się w nich jakaś determinacja człowieka, który musi żyć tak, jakby wszystko zależało do niego, a ufać tak, jakby wszystko zależało do Boga. – dopowiada. – A wie ksiądz, kiedy było najtrudniej? – zagaduje na koniec. – Gdy trzeba było zejść ze szczytu wambierzyckich schodów. Wtedy ból był najdotkliwszy – przyznaje.

Bogdan Tuła,

lat 44, żonaty, sześcioro dzieci. To on namówił Wojciecha do udziału w wyprawie. – Wierność natchnieniom Ducha Świętego owocuje takimi decyzjami – wyjaśnia pomysł dla siebie i kolegi. – Chciałem to zrobić ze względu na intencję, jaką niosłem: o zdrowie dla mojego synka. Taki cel sobie postawiłem, więc wszystko oceniam z tej perspektywy. Wszystko, czyli cały wysiłek trasy, brak snu i ciemność. Nie kosztowało mnie to zbyt wiele poświęcenia, bo kondycję mam dobrą, dopiero ostatnie dwie godziny mocno dały się we znaki, bo zaczęło wychodzić zmęczenie. Bolało o wiele bardziej i to niemalże od początku milczenie. Jestem rozgadaną osobą, dlatego dyscyplina języka była prawdziwym wyzwaniem – mówi szczerze. Drogę pokonał jednak rozgadany, ale wewnętrznym dialogiem z Bogiem. W dłoni miał różaniec, zaprosił więc Maryję do medytacji o życiu Jezusa, Jego misji i cenie, jaką zapłacił za wierność Ojcu. – Bardzo ważne było dla mnie to, że idziemy do Wambierzyc. Gdyby nie to, możliwe, że nie ruszyłbym się z domu – Wambierzycka Królowa Rodzin jest patronką wielu moich decyzji, postanowień i ważkich wydarzeń. Teraz oddałem jej następne, tym samym cała ta wyprawa została wpisana w historię mojego życia – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma