• facebook
  • rss
  • Po Ruskich

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 25/2015

    dodane 18.06.2015 00:00

    Poświęcenie kościoła. Proboszcz sięga po kartkę, na której wikary napisał: 1612 chrztów, 938 pogrzebów, 1306 pierwszokomunistów, 1550 bierzmowanych, 581 ślubów.

    Pracowali na ten wynik 20 lat. Właśnie dojrzeli do konsekracji swojego kościoła. – Wszystko już gotowe, takie jakie ma być. My sami też jesteśmy gotowi – uśmiecha się ks. Edward Szajda, proboszcz parafii pw. św. Andrzeja Boboli w Świdnicy.

    Adolf się przysłużył

    – Byłem wtedy chłopakiem, ale pamiętam dobrze atmosferę rozgorączkowania, gdy tato wrócił z wiadomością: będzie nowy kościół! Gdzie? – zapytałem. – Po Ruskich – odpowiedział – wspomina Piotr Jęcki, syn Józefa, legendy parafii przy Wałbrzyskiej. „Po Ruskich” – tak było najprościej przez całe lata. Dzisiaj coraz częściej: „Bobola” albo „na Wałbrzyskiej”. O Ruskich młode pokolenie nie ma pojęcia, wielu przyjezdnych także nie kojarzy tej dzielnicy z Armią Czerwoną, która stacjonowała tu od wojny. Pierwotnie jednak zabudowania kościelne, jak i podstawówki nr 8 oraz budynku mieszkalnego stanowiły bazę dla sierocińca Fundacji Kessela. Adolf Kessel urodził się we Wrocławiu, dzieciństwo spędził w Lądku-Zdroju, dojrzały wiek w Prudniku, ale pochowany jest na cmentarzu w Lądku-Zdroju. Nigdy się nie ożenił, majątek zapisał Świdnicy. Tak w 1902 r. powstała fundacja opiekująca się sierotami tkaczy śląskich (z terenów od Jeleniej Góry po Bystrzycę Kłodzką). Jednak przed II wojną światową większość ze 150 dzieci umieszczonych w zakładzie była tam nie z powodu osierocenia, ale kłopotów wychowawczych. – Wiedzieliśmy o tym jako jedni z pierwszych, bo tato od zawsze pomagał w parafii św. Józefa, do której wtedy należeliśmy – Piotr Jęcki wraca do opowieści o parafii. – A po ks. Pasyku, ówczesnym proboszczu, można się było spodziewać, że w kwestii budowy nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Był już inicjatorem nowych parafii: na os.Młodych i na os. Zawiszów. Wtedy, w roku 1995, przyszła kolej na nas.

    Kaseta prawdy i pamięci

    – Zaraz coś księdzu pokażę – rzuca ks. Andrzej Szyc i podaje kasetę VHS. – Tutaj jest wszystko o początkach parafii. Nakręciliśmy ten materiał z moimi przyjaciółmi z Kłodzka. Miałem 11 lat kapłaństwa i byłem wikariuszem w Podwyższeniu Krzyża Świętego. Gdy pierwszy raz weszliśmy do budynku, w którym miały powstać kościół oraz plebania, stanęliśmy jak wryci – wspomina. – To była ruina. Wprawdzie już jakieś prace porządkowe i wyburzeniowe poczyniono, ale i tak stan zabudowań był żałosny. Wtedy też spotkałem pana Józefa Jęckiego, gospodarza terenu ze strony ks. Pasyka. On otworzył nam zielone drzwi przyszłej świątyni i pokazał, co za nimi jest. Dechy, ścianki, worki cementu, betoniarki, w oknach zamiast szyb gazety, deski, dykta. To już było po wyburzeniu stropów, ale na półpiętrze, w dawnej auli, wciąż wisiały portrety przywódców rewolucji i typowo radzieckie grafiki: gwiazdy, sierpy, młoty, sztandary, kłosy, hasła itp. A plebania? Zarwane stropy, toalety wypełnione ekskrementami, piwnice zamienione na spelunkę. Przygnębiło mnie to trochę, bo nie miałem nawet gdzie mieszkać – nie kryje emocji. Ksiądz Andrzej Szyc jest pierwszym proboszczem parafii pw. św. Andrzeja Boboli. Był nim do roku 2002.

    Bez Józia ani rusz

    – Potem parafianie zwierzali mi się, że w swej macierzystej parafii czuli się zawsze trochę inaczej traktowani. Dla innych byli „tymi od Ruskich”. Do kościoła był kawałek drogi. Po kolędzie zazwyczaj ks. Baca, rezydent do nich docierał. Z parafią byli związani dosyć luźno, więc gdy gruchnęła wieść, że będzie nowy kościół, a koszary zasiedlą cywile – nie kryli entuzjazmu dla tego pomysłu. To przełożyło się także na konkretne wparcie budowy. Potrafiło przyjść 40 chłopa, gdy trwały prace najpierw rozbiórkowe, porządkowe, a potem budowlane. Aż miło było patrzeć – wspomina dawny proboszcz. – Tak było – przytakuje Roman Kaszewski. – Do kościoła przyprowadził mnie Józiu Jęcki, mój sąsiad z Głównej. Szukali kogoś, kto wykona dekorację na jakąś uroczystość. Pojawiłem się i tak już zostałem. Projekty ołtarzy, dekoracje z brązu, montaż ołtarzy bocznych czy krzyż na wieży – wszystko to przeszło przez moje ręce. Pan Bóg dał trochę talentów i zdolności, to Mu je oddaję przez tę pracę dla kościoła – wyjaśnia i przytacza historię o wielkich dyskusjach, w którym miejscu kościoła ma być umieszczone tabernakulum: na środku czy na wprost wejścia. – Ostatecznie przyjechał ks. Mazur z Wrocławia, który zajmował się sztuką, i zdecydował, że na środku, tak jak jest teraz – mówi Roman Kaszewski. – Za chwilę konsekracja kościoła, przyznam się, że czuję się tak, jakby konsekrowana była cała moja praca, jaką włożyłem w tę świątynię. Jestem z tego dumny – dodaje.

    Nie wszystko pasuje

    – Czas wakacji zaraz po ustanowieniu parafii był dobrym okresem, żeby zastanowić się nad linią duszpasterską – mówi ks. Andrzej Szyc. – Pierwszym wikariuszem mianowanym przez kardynała był ks. Wiesław Rusin. Nie ma go jednak w spisach duszpasterzy, bo kiedy przyjechał tutaj i zobaczył warunki, w jakich trzeba było zamieszkać, odpowiedział, że się na to nie zgadza i nie został w Świdnicy. Mocno się zdziwiłem, ale też przestraszyłem, bo od nowego roku szkolnego miałem być sam w 5-tysięcznej wówczas parafii, jako katecheta pracować w trzech szkołach i budować kościół. Wtedy postarałem się o pomoc duszpasterską, pomagali mi też księża ze św. Józefa. Widziałem ogromne zapotrzebowanie na integrację, mnóstwo dzieci i młodzieży. Wtedy zaczęły powstawać schole, aktywna była wspólnota „Komunia i Wyzwolenie. Po 20 miesiącach od erygowania parafii odbyły się misje parafialne. Głosili je redemptoryści i to było bardzo mocne doświadczenie jedności i radości z tego, że jesteśmy razem. Misje zakończyły się odpustem parafialnym, podczas którego kardynał poświęcił kościół. Teraz doczekaliśmy jego uroczystej konsekracji – mówi. – Pamiętam doskonale tamtą scholę – wspomina Agnieszka Janus. – Jako dziewczynka bardzo chciałam do niej należeć, jednak rygor przyjęcia był tak wyśrubowany, że prowadząca scholę uznała, że się do niej nie nadaję – uśmiecha się. – Za to od razu zapisałam się do ministrantek. Bo tak właśnie było: w naszej parafii dziewczyny służyły do Mszy św. – mówi Agnieszka, dzisiaj organistka „w Boboli”.

    Zmiany muszą być

    – Czas przygotowania do konsekracji wyciąga z nas wiele takich wspomnień – mówi ks. Edward Szajda, drugi proboszcz parafii „po Ruskich”. – Robimy listy dobrodziejów, przypominamy sobie fakty, porządkujemy nie tylko kronikę, ale i serca. Wychodzi z tego obraz wspólnoty: ludzi kochających Boga, ale w bardzo konkretnym miejscu. Związanych z kościołem, który dla nas wszystkich jest nie tylko salą do spotkań, ale piękną historią życia. Wiele rzeczy nam się nie udało, w życiu zawodowym, rodzinnym czy towarzyskim. Wielu planów, marzeń i ambicji nie zrealizowaliśmy, ale świątynia i ludzie, którzy się w niej gromadzą, stała się znakiem autentycznego spełnienia. Dumni jesteśmy z tego, kim dzisiaj jesteśmy i co udało się nam, wypracować – właśnie oglądanie się wstecz uzmysłowiło nam, od czego zaczynaliśmy i do czego doszliśmy. To napawa otuchą – podsumowuje. I już ma się pożegnać, gdy rzuca: – Powiem swoim parafianom, że czeka nas jeszcze jedno: zmiana dachu, na kościele i na plebanii… Jak to się nie uda w ciągu następnych pięciu lat… to konieczna będzie zmiana proboszcza – uśmiecha się ks. Edward Szajda. •

    Pierwsza Msza św.

    Ks. Andrzej Szyc – Parafia była erygowana 23 czerwca 1995 roku. Ja przyjechałem do Świdnicy miesiąc wcześniej i od razu zaczęliśmy porządkować budynek. Pomocników było pod dostatkiem. Ogromne zasługi w tym wszystkim ma pan Józef Jęcki. Gdy tylko dowiedział się, że jestem proboszczem, uściskał mnie, jakbyśmy się znali od lat. Potem do końca życia służył jako kościelny i organizował ludzi do pomocy przy realizacji kolejnych etapów prac budowlanych. Przygotowania kościoła szły pełną parą: wyrównaliśmy posadzkę (każde pomieszczenie miało wcześniej inny poziom), oszkliliśmy cześć okien, ks. Pasyk zwoził różne sprzęty potrzebne do odprawiania: ławki, tabernakulum, ołtarz, ambonkę. Prowizorka, ale nam to nie przeszkadzało, bo byliśmy u siebie. I wreszcie pierwsza Msza święta. Przyszedł tłum wiernych. Był z nami ks. Pasyk, był ks. Jandziszak jako dziekan. Wtedy uwierzyłem, że to wszystko ma sens. Bo pierwotnie ks. Pasyk przekonywał mnie, że lepiej będzie, gdy zamieszkam na plebanii u św. Józefa i stamtąd będę doglądał budowy, aż kościół będzie gotowy do przyjęcia wiernych. Zostałem na miejscu. Ogarnąłem jakieś jedno pomieszczenie na plebanii, rzuciłem materac na podłogę i tak zacząłem mieszkać i stróżować. Bo szabrowano na potęgę. Miałem takiego małego psiaka Miśka i robiłem obchody, ganiałem za złodziejami i wandalami, bo ludzie myśleli, że skoro to „po Ruskich”, to znaczy niczyje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół