• facebook
  • rss
  • Nie trzeba daleko

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 26/2015

    dodane 25.06.2015 00:00

    29-latka. Do podstawówki chodziła w Bystrzycy Kłodzkiej, do szkoły średniej w Kłodzku. Ma dwie pasje: zwierzęta i turystykę.

    Dla pierwszych zrobiła studia zootechniczne, dla drugiej – przewodnika sudeckiego. – To bardzo trudny egzamin. Żeby go zdać, trzeba się wykazać wiedzą o florze, faunie, geomorfologii, fizjografii czy historii Śląska i turystyki – mówi Kamila Machniowska.

    Z okna się nie da

    W góry chodziła zawsze. Zresztą skoro mieszka się na Ziemi Kłodzkiej, to prawie nie można inaczej. – Można, można – ripostuje. – Żeby wyjść z domu i zacząć wspinać się ścieżką w górę, trzeba mieć odpowiednią motywację – wyjaśnia Kamila. – Przyroda ma swój język, swój kod, który trzeba rozpoznać. Wtedy dopiero można wejść z nią w dialog. Dzisiaj trudno nam rozmawiać z ludźmi, więc dla wielu jeszcze trudniejsze jest dialogowanie ze środowiskiem – zauważa. Wyjście w góry jest więc zaproszeniem do zaangażowania, które domaga się przede wszystkim otwartości. – Nasze zmysły są dzisiaj cywilizacyjnie uwstecznione. Jakbyśmy zatkali sobie kanały, którymi świat do nas dociera. Bardzo głośno, bardzo dużo i mocno. I bardzo pobieżnie. Bez wysiłku, bez zatrzymania – byle zaspokoić swoje wyobrażenia i potrzeby. A z przyrodą tak się nie da. Trzeba pozwolić jej mówić szmerem, głosami ptaków, wiatrem. Trzeba chłonąć ją dotykiem, koniecznie trzeba ją poczuć w szaleństwie zapachów, ale też wielkości i majestatu. Tego nie da się zrobić, wyglądając z okna. Trzeba się zmierzyć osobiście, bezpośrednio – radzi.

    Olśnienie na szczycie

    – Kiedyś z ks. Pawłem Kilimnikiem wybraliśmy się na mój ulubiony Śnieżnik – opowiada. – Wchodziliśmy w całkowitej mgle. Ale to też jest doświadczenie warte przeżycia. Ta czujność, z jaką stawiasz krok, wysiłek orientowania się w terenie i oczekiwanie na szczyt – wylicza. – To wyostrza zmysły. I wtedy na szczycie wydarzyło się coś, co do tej pory wzbudza we mnie zachwyt: na trzy sekundy w chmurach otworzyło się okienko, przez które zobaczyliśmy panoramę roztaczającą się ze Śnieżnika – wspomina. – Olśniewające po prostu. Śnieżnik – jej ulubiony. Gdy prowadzi grupę, idzie na szczyt wyznaczonym szlakiem, ale gdy szuka ciszy, samotności i bliskości świata – idzie innymi drogami. Swoimi ścieżkami – tymi, którymi dzieli się jedynie z dzikimi zwierzętami i leśnikami.

    Klahrowie pełni uznania

    Od 2011 r. pracuje jako przewodnik po Twierdzy Kłodzkiej. Lubi swoją pracę, bo każdy z dwunastu jej kolegów i koleżanek przewodników to człowiek z pasją. Doświadczeni gawędziarze, którzy nie tylko wiedzą, co mówią, ale też chcą się swoją wiedzą podzielić z innymi. Mało tego, chcą przekonać turystów, że oto weszli w świat wyjątkowy, ocierają się o historię nietuzinkową i mają przywilej poznania dziejów tego miejsca. Jednak jej oczkiem w głowie są Krosnowice. Kocha to miejsce – głównie kościół, który ostatnimi laty odzyskuje swój blask. Świątyni patronuje św. Jakub Apostoł. „Stoi ona na wyraźnym wzniesieniu we wschodniej części wsi, wysoko ponad korytem Nysy Kłodzkiej, w pobliżu tutejszego dworu. Naturalna obronność miejsca została dodatkowo wzmocniona poprzez otoczenie świątyni owalnym kamiennym murem z dwiema bramami. Obecna postać muru obronnego to efekt przebudów z XVII–XVIII w., jednak jego pierwotne założenie jest starsze” – informują przewodniki. Odnowione krużganki to jedno, drugie – to wnętrze. Ozdabiane witrażami, urzeka pięknymi ołtarzami i rzeźbami, których nie powstydziliby się nawet Klahrowie – ojciec i syn (barokowi rzeźbiarze z Lądka-Zdroju).

    Nad grobem ojca i córki

    – Ale Krosnowice to także piękna przyroda – zastrzega Kamila. – Czerwona Góra, Zielona Góra oraz Łysa Góra – te trzy są dominantą krajobrazu. Mało kto wie, że na szczycie Czerwonej jest punkt widokowy (szlak rozpoczyna się przy przystanku autobusowym, pierwszym od strony Kłodzka). Tam też znajdują się dwa groby. Ojca i córki. Ich tragiczna historia rozegrała się ponoć w 1927 r. – opowiada. Dziewczyna rzuciła się pod pociąg relacji Breslau–Berlin, bo miała wyjść za mąż za człowieka, którego nie kochała. Ojciec, gdy dokonał swego żywota, został pochowany obok swego dziecka – zgodnie z jego wolą. – Jeśli jadę w góry, te poza naszymi, to najchętniej w Bieszczady… może dlatego, że jakoś przypominają nasze? – uśmiecha się Kamila, przewodnik sudecki. – Mamy wiele szczęścia, że tu żyjemy. Łatwo to zrozumieć, gdy posłucha się tych, którzy u nas odpoczywają i którzy zwiedzają nasze zabytki.

    Przewodnik poleca

    Miejsca wędrówek: 1. Śnieżnik 2. Trójmorski Wierch 3. Czarna Góra 4. Jedlnik (za Spaloną) 5. Przełęcz Puchaczówka (tu była bacówka, w której Kamila robiła badania do pracy magisterskiej o wypasie owiec) Warte zwiedzenia: 1. Twierdza Kłodzka 2. Kościół w Krosnowicach 3. Kościół w Neratowie (tuż za granicą, ma szklany dach) 4. Pałac w Bożkowie 5. Krzeszów (trochę dalej, ale jednak blisko)

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół