• facebook
  • rss
  • W sam raz dla mnie

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 34/2015

    dodane 20.08.2015 00:00

    Ledwo zapisał się do klubu, został jego prezesem. Gdy stanął na siedmiotysięczniku – zaczął marzyć o Himalajach.

    Paweł Kudła jest strażakiem. Zawodowym. Mocnych emocji ma więc pod dostatkiem. Szuka jednak innych – równie intensywnych.

    Okazja natychmiastowa

    Podstawówka w Piskorzowie, Gimnazjum w Pieszycach, ogólniak w Dzierżoniowie i turystyka i rekreacja na AWF we Wrocławiu. I tutaj właściwie tak naprawdę posmakował przygody. Sprawdził w internecie hasło: Klub Górski Olimp. Chyba o to mu chodziło. Oczywiście mieszkając pod Sową bywał w górkach, ale to nie to samo, co zmierzyć się z nimi na serio. Okazja nadarzyła się natychmiast. Członkowie klubu właśnie przygotowywali się do wyprawy w Alpy. Nie przejmowali się, że jest mało doświadczony, on też nie przejmował się tym, że właściwie nie wie, na co się decyduje. Wystarczyła zwykła ciekawość świata, ludzi i gór, żeby zgodzić się na wyjazd. Pojechali do Lichtensteinu i weszli na Grauspitze. – To są góry – pomyślał i od razu wiedział co to znaczy znaleźć się we właściwym miejscu i o właściwym czasie. – Tak, to jest w sam raz dla mnie – kołatało w sercu, w umyśle i jeszcze głębiej, gdy niedługo potem patrzył na lodowiec – pierwszy raz w życiu. Działo się to siedem lat temu. I nie było ważne, że pierwsza próba zdobycia się nie powiodła, bo zabłądzili, a później burza zmusiła ich do powrotu. Nie przejął się, bo następnego dnia zdobycie szczytu wynagrodziło rozczarowania dnia poprzedniego.

    Pan prezes w akcji

    Potem były Beskidy, gdzie okazało się, że nie tylko alpejski majestat przemawia do niego. Góry mają jednak jakiś wspólny mianownik: ludzi, których nie spotykasz w takiej intensywności w mieście czy na nizinach; wrażenia i emocje wywołane przestrzenią. Wysiłek, który owocuje zachwytem; dystans, którego nabiera się tylko dlatego, że codzienność zostawia się gdzieś tam, na dole. – Wchodzisz, bo są! – powtarza za Kukuczką, gdy ma odpowiedzieć na pytanie: po co ci to? – Poza tym z góry świat wygląda lepiej. Atutem gór są jednak ludzie, a on ludzi lubi. Co więcej – potrafi ich sobie zjednywać. Otwarty, życzliwy budzi zaufanie. Pewnie dlatego jemu właśnie zaproponowano objęcie funkcji prezesa klubu. Tak, tak – ledwo się do niego zapisał, a już prezesura. Zgodził się. Kierował klubem przez następne trzy lata. W tym czasie klubowicze wspinali się na kolejne szczyty Korony Europy. Zorganizował wyprawy do Austrii, Szwajcarii, Rumunii, Ukrainy, Czarnogóry, Bośni i Hercegowiny, Niemiec i Francji. – Tutaj weszliśmy na Mont Blanc i wtedy przyszedł czas na przekazanie pałeczki kolejnemu prezesowi – wspomina.

    Osiem tysięcy marzeń

    Przewodnika sudeckiego zrobił dopiero w roku 2013 (kurs prowadziła Asia Ciołek, bohaterka naszego cyklu sprzed tygodnia). Był już wtedy strażakiem i wiedział, że nie chce ograniczać się tylko do emocji zawodowych. Na co dzień, gdy chce nabrać dystansu, podjeżdża w Góry Sowie. Mieszka w Dzierżoniowie, więc ma tylko chwilę, żeby przenieść się w inny świat. Z wycieczkami lubi wędrować w okolicach Szklarskiej Poręby i Karpacza. Jednak kiedy zaczyna marzyć, wtedy wraca do Kirgistanu. Tam, gdzie wznosi się Pik Lenina albo mniej rewolucyjnie Szczyt Awicenny. Zdobył go, dlatego zrozumiał, że góry wysokie stoją przed nim otworem. Spróbował sięgnąć nieba. Posmakowało. – Od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ten szczyt, który mierzy sobie 7134 m n.p.m., jest dla Polaków testem przed wyprawą na ośmiotysięcznik. Dla mnie okazał się przynętą, by zacząć myśleć o Himalajach. Oczywiście wyprawa komercyjna nie wchodzi w grę – za drogo i nie ten klimat. Zostaje polska specjalność: zimowe wejście. – W okresie zimnej wojny Polacy nie mogli wspinać się tam, gdzie chcieli. Gdy wreszcie zaczęli podróżować, wszystko co ważne było już zdobyte, dlatego Andrzej Zawada (polski himalaista, zmarł w 2000 roku) rzucił hasło: żeby być pierwszym, trzeba zacząć wchodzić zimą. No i poszliśmy, my Polacy i do Polaków należy wiele pionierskich wejść zimowych. Jak dotąd oparły się ludziom dwie góry: K2 i Nanga Parbat. Na ich szczycie zimą nie stanął jeszcze żaden śmiertelnik – wyjaśnia i milknie. A z milczenia wyrywa go pytanie. – Myślę, że owszem, mam szansę – deklaruje, gdy pada obowiązkowe: będziesz pierwszy?

    Góry Sowie – blisko i ciekawie

    • Grabina i Grupy Skalne • Drewniany kościół w Sierpnicy • Nieoznakowany szlak z Piskorzowa na Sowę przez Podolin • Kroacka Studzienka – niedaleko Lutomi, przy czerwonym szlaku – tutaj wojska austriackie poiły swoje konie

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół