• facebook
  • rss
  • Po rękach ją całowali

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 37/2015

    dodane 10.09.2015 00:00

    Ponieważ sama była uwięziona, nie bała się pukać do więziennej bramy w Kłodzku.

    Wszystko zaczęło się 1 marca 1928 r., kiedy Annie i Jakubowi Wittek, mieszkańcom wielkopolskiej Goli, przyszła na świat Klara, dziesiąte z dwanaściorga dzieci – przypomina ks. Adam Łyczkowski, dzisiaj proboszcz z Krosnowic, ale wychowanek s. Adeli, która przez prawie 50 lat pełniła funkcję zakrystianki i katechetyki w Żelaźnie. Nikt już nie pamięta, w jaki sposób dziewczyna trafiła do Wrocławia. Pewnie za sprawą swego starszego brata, który był księdzem archidiecezji wrocławskiej. W 1950 roku dziewczyna zaczęła pracować w przedszkolu prowadzonym przez marianki, zakon założony przez wrocławskiego ks. Jana Schneidera 100 lat wcześniej. – Przyglądałam się ich życiu i przekonały mnie, swoją postawą, że wśród tej rodziny zakonnej mogę służyć Panu Jezusowi, chwaląc Maryję Niepokalaną – wspomina 87-latka.

    Bardzo się bałyśmy

    Jubilatka opowiada o tym, gdy w roku 1954 reżimowe państwo polskie skazało siostry zakonne na tułaczkę i wypędziło z ich własności. – Rankiem 3 sierpnia klasztor otoczyła milicja, miałyśmy niewiele czasu, żeby się spakować. Byli brutalni, zastraszali nas, a nasz dobytek był rozkradany i niszczony. Akcja likwidacji żeńskich klasztorów na Śląsku pod kryptonimem X-2 została przeprowadzona przez UB na mocy decyzji Prezesa Rady Ministrów Józefa Cyrankiewicza z 30 lipca 1954 r. Zakonnicom nie przysługiwało żadne odwołanie. W lipcu i sierpniu 1954 r. przesiedlono siostry do ośmiu tzw. klasztorów scentralizowanych (będących faktycznie obozami pracy przymusowej) w Stadnikach, Wieliczce, Kobylinie, Gostyniu, Dębowej Łące, Staniątkach I, Staniątkach II i Otorowie. Bezprawnie pozbawiono wolności 1400 zakonnic z sześciu kongregacji. Zlikwidowano 400 domów, a majątek skonfiskowano na rzecz państwa. Siostra Adela, bo takie imię zakonne nosiła Klara Wittek, znalazła się w Otorowie. Tam na początku panowały więzienne warunki: nie było prądu, ogrzewania, ciepłej wody. Panował ścisk, a każda siostra miała nakaz pracy.

    Podlegałyśmy indoktrynacji

    – Miałyśmy też uciążliwe rozmowy z ubekami, namawiali nas wtedy do porzucenia życia zakonnego, kuszono przywilejami społecznymi, radzono „urządzić się w świecie”, nakłaniano nas do współpracy z aparatem bezpieczeństwa, żebyśmy zostały informatorami i donosicielkami – wspomina s. Adela. – Tam w Otorowie świętowałyśmy też 100-lecie naszego istnienia. Po 1956 r. było nam już lżej, więzienny rygor zelżał. Wyszłyśmy na wolność w 1956 r. – opowiada i teraz już wiadomo, dlaczego w Żelaźnie zasłużyła sobie na miano Matki Teresy. – Kiedy ktoś z naszych parafian narozrabiał, jego rodzina szła do s. Adeli, by ta wstawiła się za nim u naczelnika więzienia – opowiada ks. Bolesław Stanisławiszyn, proboszcz z Żelazna. – I nie wiem jak to się działo, ale często udawało się jej uzyskać co najmniej łagodniejsze warunki kary, a nawet zwolnienie, choćby warunkowe. Potem te rozrabiaki po rękach siostrę całowały i obiecywały się poprawić. Czasami im się nawet udawało – uśmiecha się. Pomoc więźniom to jedno, ale inną specjalnością siostry było pośredniczenie w załatwianiu pracy w Niemczech. A to zasługa nie tylko szerokich kontaktów, ale przede wszystkim dobrej znajomości języka niemieckiego. Kiedy marianka odchodziła z Żelazna do Piszkowic, gdyż zarząd prowincjalny zgromadzenia zrezygnował z prowadzenia domu w tej kłodzkiej wsi (było to trzy lata temu), mieszkańcy nie wyobrażali sobie życia bez sióstr (drugą była s. Chryzostoma, organistka). – Zdecydowaliśmy, że na niedzielę będziemy siostrę przywozić do nas – mówi proboszcz. – I tak to trwa już trzy lata: śluby, pogrzeby, Komunie, inne uroczystości bez s. Adeli nie mogą się odbyć – dorzuca. – Przez całe życie starałam się tylko o jedno: dzielić się z innymi ludźmi tą miłością, którą sama zostałam obdarowana w zakonnej konsekracji – podsumowuje jubilatka. – Okazuje się, że to w zupełności wystarczy, by ludzie chwalili Boga.

    Żywa legenda

    Anna Poniatowska – Znam siostrę od chwili, gdy tu przyjechała, znam jej dobroć, uczynność i przyjazne podejście do każdego, kto pojawił się przy kościele. Z dumą mogę powiedzieć, że jest ona moją przyjaciółką. Miło wspominam nasze wspólne wycieczki do Niemiec, gdzie czułam się bardzo pewnie, bo siostra świetnie zna język niemiecki. Józefa Jamka – Podobnie jak pani Anna, tak i ja znam siostrę odkąd tylko zamieszkała w Żelaźnie. To solidna, pracowita kobieta. Wystarczy zajrzeć do zakrystii i podziwiać jaj dokładność w prowadzeniu spraw kościelnych: wszystkie dekoracje, okolicznościowe świątynne bielizny są poukładane według świąt – po dziś dzień niczego nie trzeba szukać, wystarczy sięgnąć na odpowiednio opisaną półkę – i gotowe. Dawid Matysiak – Mieszkam w pokoju, który kiedyś był celą siostry Adeli. Naprawdę! Moi rodzice kupili bowiem dom, który był domem sióstr. Moja mam zakochała się w tym budynku, bo on ma duszę, jest wymodlony i zadbany. Sama siostra jest przesympatyczna, często ją przywożę do Żelazna, więc mam okazję się o tym przekonać osobiście. No i gdyby ktoś miał okazję kupić dom po siostrach – polecam, bardzo dobrze się mieszka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół