• facebook
  • rss
  • Z miejsca na miejsce – przez wojnę

    dodane 17.09.2015 00:00

    O domu pełnym obcych wujków i cioć, niepewności repatriantów i oswajaniu pruskiej przeszłości mówi Mariola Szaciło--Mackiewicz, polonistka.

    Ks. Roman Tomaszczuk: Gdyby Twój tato usiadł na widowni „Samych obcych”, jak mógłby skomentować to, co działo się na scenie świdnickiego dworca?

    Mariola Szaciło-Mackiewicz: W swym komentarzu na pewno zawarłby uwagę, że w naszej fabule dostrzega świat, który sam kiedyś tworzył, że w postaciach scenicznych rozpoznaje zarówno siebie, jak i ludzi, którzy byli w kręgu jego przyjaciół, znajomych i sąsiadów, którzy przewijali się przez nasze życie i nasz dom.

    Zatem dramat, którego jesteś autorką, nie jest literacką fikcją?

    Wiele postaci dramatu ma swój pierwowzór w rzeczywistości i są to głównie ludzie związani jakoś z moimi rodzicami, bo opowiadam o czasach, gdy albo mnie jeszcze nie było na świecie, albo byłam zbyt mała, żeby rejestrować pewne sytuacje i wyciągać z nich wnioski. Natomiast gdy sięgnęłam do wspomnień, zaimponowało mi, że moi rodzice, którzy byli repatriantami ze Wschodu, byli bardzo otwarci na inne nacje. Dzisiaj uświadamiam sobie, że przez nasz dom przewijali się Żydzi, Ormianie, Niemcy czy Grecy. Bo rodzice nie mieli uprzedzeń i bardzo odważnie zawierali przyjaźnie. Może pomagało im to, że sami byli tutaj jakoś obcy: ci z innym akcentem, przybysze z innego świata. Przyznam, że ten świat był bardzo kolorowy, atrakcyjny i jako dziecku bardzo mi się podobał.

    Doświadczenie tamtego pokolenia jest już przeszłością?

    Każde pokolenie Polaków ma swoje migracyjne przygody. Moi rodzice jako przybysze ze Wschodu przybyli pod granicę zachodnią, co przez ich bliskich było oceniane jako ryzykowane, bo przecież Niemcy mieli tu wrócić i zabrać, co do nich należy. Jakże się zdziwili, że mimo ucieczki jak najdalej od ruskich okazało się, że mają ich za sąsiadów, bo koszary wojsk radzieckich zaczynały się tuż za naszym płotem… Z kolei moje córki przed nikim nie uciekały, po prostu wyjechały do Wielkiej Brytanii. Wtedy pomyślałam sobie, że mam w ten oto sposób w swoim życiu pewną klamrę, która stała się dla mnie pretekstem do napisania „Samych obcych”. Jest to zatem z jednej strony hołd, jaki złożyłam moim rodzicom i ich epoce, a z drugiej przesłanie, jakie mam dla swoich córek i ich pokolenia. A nawet dla generacji następnej, bo wtedy, gdy siadałam do pisania, miał mi się urodzić wnuk.

    Musiałaś robić jakąś szczególną kwerendę, czy wystarczyło sięgnąć do wspomnień i nadać im literacką formę?

    Wymagało to ode mnie specjalnych przygotowań, bo taki dramat pisałam po raz pierwszy. Poza tym założyłam sobie, że muszę obsadzić wszystkie osoby z naszego zespołu, co z kolei wiązało się z podziałem na role żeńskie i męskie. Potem uznałam, że skoro mam pokazać przekrój narodowościowy powojennej Świdnicy, to nie mogę ograniczyć się tylko do osób znanych mi z mojego domu, i wtedy sięgnęłam do innych postaci, które musiałam poznać i wpisać w narrację. Oczywiście, chociaż każda z postaci dramatu miała swój historyczny pierwowzór i wiele z opisanych sytuacji wydarzyło się naprawdę, to jednak posłużyłam się literacką kreacją, więc podobieństwo jest zachowane, ale nie należy oczekiwać dosłowności.

    To, co dzisiaj dzieje się w Europie w związku z wojnami tuż za jej granicami, zaskakująco koresponduje z Twoim tekstem.

    Dwa lata temu, kiedy zaczynałam pisać, myślałam tylko o historii, nie odnosiłam się do teraźniejszości. Nieoczekiwanie mój tekst stał się nadzwyczaj aktualny. Jestem przekonana, że dzisiejsi przymusowi wędrowcy z miejsca na miejsce, przesiedleńcy i uchodźcy mają te same problemy, z którymi borykali się moi rodzice i wszyscy obcy.

    Jak to się stało, że w Twoim tekście nie ma w ogóle Kościoła, pominęłaś jego rolę w oswajaniu obcości: przecież w murach świątyni obcy mówili o sobie: brat i siostra – coraz bardziej świadomie.

    Teraz, jak o tym mówimy, uświadamiam sobie ten brak. Wprawdzie Kazimierz, jedna z postaci, jest bardzo bogobojny i do swoich chrześcijańskich korzeni mocno się odwołuje, jednak faktycznie nie ma w dramacie jednoznacznej postaci, która by tę jednoczącą rolę Kościoła pokazała. Żałuję, że tak się stało, tym bardziej, że przecież z powodzeniem mógłby zaistnieć w tekście choćby śp. prałat Dionizy Baran, który – nie tylko w mojej rodzinie – cieszył się wielkim szacunkiem. Mój ojciec zawsze mówił, że czystości i piękna języka polskiego uczył się na kazaniach tego kapłana, będącego autorytetem i legendą. Jako dziecko nie doceniałam duchowego wymiaru wiary, ona przejawiała się raczej w moralności: masz być dobra, masz ludzi szanować, przebaczaj. Może dlatego w „Samych obcych” poprzestałam na wartościach chrześcijańskich bez wyraźnego odwołania się do Kościoła. Ale za to ważnym spoiwem poszczególnych scen są refleksje o ingerencji Boskiej w życie różnych nacji.

    A my dzisiaj – na Dolnym Śląsku, w Świdnicy – jesteśmy już u siebie,?

    Wydaje mi się, że jak najbardziej. Ja sama bardzo rzadko myślę o tym, że moi rodzice przyjechali tu ze świata. Jestem u siebie, a Świdnica jest takim szczególnym miastem, które buduje poczucie tożsamości i zadomowienia pomimo różnic, jakie pozostały, choćby wyznań: w samej Świdnicy mamy prawosławnych, protestantów i katolików. Ale ponad tym jest coś uniwersalnego: bycie świdniczaninem.

    Różnorodność historyczna może być też źródłem współczesnego bogactwa kulturowego

    Tu na zachodzie Polski rozumiemy to coraz bardziej i dzięki temu oswajamy prawdę o przedwojennych dziejach tej ziemi. Zaczynamy myśleć „nasz” o kimś, kto był niemieckim naukowcem, kompozytorem czy arcybiskupem – to jest najlepszy dowód, że uznajemy całą historię tego regionu za ważną i znaczącą. Już nie tylko Piastowie i polonica są najważniejsze.

    A jak Ci się podoba określenie „nasz Niemiec” w odniesieniu do niemieckiego księdza zamęczonego przez swoich rodaków w Dachau tylko dlatego, że był katolickim kapłanem?

    To jeszcze jeden dowód, jak dobrze się tu czujemy, pewnie, u siebie. Poza tym, żeby tak powiedzieć, trzeba przebaczyć cierpnie i ból, jakie inni zadali nam samym czy naszym przodkom. I tu także Ewangelia przychodzi nam z pomocą, a codziennie odmawiana modlitwa „Ojcze nasz”, w którym prosimy Boga, żeby odpuścił nam nasze winy „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, drąży skałę nawet najbardziej opornych, zacietrzewionych i zatwardziałych w gniewie serc. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół