• facebook
  • rss
  • Nie wiadomo, kto zabił

    Anna Leśniewska

    |

    Gość Świdnicki 51-52/2015

    dodane 17.12.2015 00:00

    To miały być wyjątkowe święta - wojna już się skończyła, zapanował jako taki spokój. Ale ksiądz ich nie doczekał.

    Józef Sikora przyszedł na świat 17 marca 1912 r. w Gliwicach na Górnym Śląsku, w rodzinie listonosza Pawła i jego żony Waleski z domu Spendel.

    Ze Śląska – Górnego

    Otrzymał staranne wykształcenie. Znał łacinę, grekę i hebrajski, władał językami polskim i niemieckim. Immatrykulował się na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Po otrzymaniu 5 kwietnia 1936 r. święceń kapłańskich z rąk kard. Adolfa Bertrama, został najmłodszym kapłanem parafii pw. Świętego Krzyża we Wrocławiu, gdzie jako następca ks. Scholza przejął nauczanie religii w Szkole Miejskiej. Posługiwał też Polonii wrocławskiej w kościele św. Marcina (10 września 1945 r. wygłosił tam ostatnie kazanie w języku polskim, po czym wpisał w kościelnej księdze po polsku następujące słowa: „I nie ustaniemy w walce, siłę słuszności mamy. I mocą tej słuszności wytrwamy i wygramy!”).

    Do Sokołowska

    Pod koniec 1939 r. ks. Sikora został przeniesiony jako kuratus (opiekun sanatoryjny) do Sokołowska (Görbersdorf). Zamieszkał w domu sióstr Lerm, gdzie mieściła się prowizoryczna kaplica. Z zapałem i radością podjął nowe wyzwania i spełniał obowiązki duszpasterskie, choć warunki zewnętrzne były trudne. Zabiegał o działkę pod budowę świątyni i jego starania zakończyły się sukcesem. Wojna i nagła, tragiczna śmierć ks. Sikory przeszkodziły jednak w budowie kościoła. Podczas wojny szczególną opieką otaczał cierpiących. Pomagał ludziom, którzy bali się utraty domu, bezdomnym, szukającym dachu nad głową, cierpiącym głód, marznącym dzieciom, a także poszukującym autentycznej relacji z Bogiem. Dźwigał ciężary innych i wraz z nimi cierpiał. Powołał do życia punkt Caritas – ofiarodawstwa chleba. W okolicznych wioskach zbierał u bogatych rolników chleb, mleko i inne produkty żywnościowe dla biednych. Dzięki niemu pomoc, radość i błogosławieństwo docierały do parafian, do szpitali, sanatoriów, domów starców i rannych żołnierzy.

    Anioł we wsi

    Dni spędzał ks. Józef Sikora w drodze do cierpiących i potrzebujących, a nocami odpowiadał na listy tych, którzy szukali u niego porady. Żaden wysiłek nie był dla niego nadmierny, żadna praca – poniżająca czy brudna. Pewna parafianka po śmierci kuratusa tak scharakteryzowała jego działalność: „Było to tak, jakby anioł przechodził przez wieś”. Wiosną 1945 r. Niemcy ze strachu przed Armią Czerwoną w pośpiechu opuszczali swoje domy. Uciekali na Zachód. Gdy przyszli Rosjanie, rozpoczął się szaber, gwałty i mordy. Kilka miesięcy po zakończeniu wojny zapanowała względna stabilizacja. Wydawało się, że można już spokojnie żyć.

    Święta idą

    Ksiądz Józef Sikora cieszył się z całą wspólnotą Sokołowska i Unisławia Śl. (Langwaltersdorf) oraz z kuracjuszami, że będą świętować narodziny Bożego Syna. Przystrajał z ludźmi kaplicę świerkami, zbierał prezenty dla dzieci, które były jego oczkiem w głowie. Codziennie przemierzał drogę z jednej do drugiej miejscowości, aby sprawować tam nabożeństwa 23 grudnia 1945 r., w czwartą niedzielę Adwentu, po zakończeniu ostatniej Mszy św. w Unisławiu Śl. kapłan poprosił miejscowego nauczyciela, aby zagrał mu na organach „Trasnseamus usque Bethlehemet videamus…”. Z radością śpiewał razem z organistą. Krótko po dwunastej szybkim krokiem ruszył do Sokołowska, pokonując śnieżne zaspy. Chciał być jak najszybciej w domu. Kilka minut przed śmiercią spotkał go rozśpiewanego jeden z mieszkańców Sokołowska.

    Aureola ze szkła

    Gdy ksiądz nie pojawił się na wieczornym nabożeństwie, wszystkich ogarnął niepokój. Do godziny drugiej w nocy czterech mężczyzn szukało go bez rezultatu. Poszukiwania wszczęto o szóstej rano w poniedziałek. Około 9.45 znaleziono jego ciało na łące, 20 m od drogi, nieopodal szopy pasterskiej. Leżał z ramionami skrzyżowanymi nad głową. Okruchy chleba z otwartego plecaka przysypywały jego włosy. Plecak był ciężki – niósł w nim chleb dla biednych dzieci. Kawałki tłuczonego szkła z butelki, którą miał przy sobie, ułożyły się w kształcie wieńca wokół jego głowy. Na szyi i dolnej szczęce zmarłego widoczne były otwarte rany, wskazujące na użycie broni palnej. Oględziny ujawniły, że oddano jeszcze dwa śmiertelne strzały w lewe ramię i brzuch. Swoją krwią ks. Sikora „napoił” głęboko ziemię. Wydarzenia tamtego popołudnia pozostały osnute ponurą tajemnicą. Sprawców okrutnego mordu ani motywów zbrodni nie wykryto.

    Hołd szacunku i czci

    2 stycznia 1946 r. odbył się pogrzeb. Kościół nie mieścił wszystkich żałobników. Przybyli mieszkańcy oddalonych wiosek, także ewangelicy – zmarły niosąc pomoc, nie znał barier wyznaniowych. Dzieci z gałązkami świerka towarzyszyły zmarłemu w jego ostatniej drodze. Trumnę z ciałem kapłana przeniesiono do kaplicy sanatoryjnej na uroczyste Requiem. Sześciu księży śpiewało mu „Totenoffizium” (Officium defunctorum); gmina niemiecka – „Requiem”; ewangelicki chór kościelny „Rasch Tritt der Tod den Menschen an”. Wszyscy chcieli, aby pożegnanie wypadło pięknie. Tak wielkiego konduktu żałobnego nie widziało Görbersdorf chyba nigdy. Ksiądz Józef Sikora został pochowany na niemieckim cmentarzu, gdzie spoczywa do dziś. Gwałtowna śmierć, zadana niezwykłemu kapłanowi, idącemu do głodujących, okazała się wiernym wypełnieniem słów Jezusa: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść” (Mt 25,35).

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół