Nowy numer 21/2018 Archiwum

Dwa lata w piekle

Zimą siarczysty mróz, latem chmary gryzących muszek, wyczerpująca praca od świtu do nocy, głodowe porcje jedzenia, ciągły strach, choroby i śmierć, ale też nadzieja, która tak wielu ocaliła.

W latach 1939–1941 Sowieci deportowali na Syberię ponad dwa miliony Polaków, w tym około 380 tys. dzieci.

Nad ranem puka NKWD

Pani Zosia skończyła 90 lat. Urodziła się w Nastasowie – wsi w kresowym Tarnopolskiem. Mieszkała tam wraz z sześciorgiem rodzeństwa oraz rodzicami. Ojciec Franciszek dostał gospodarstwo w Nastasowie za służbę w Legionach Piłsudskiego. Tam zastała ich wojna i zsyłka na Sybir 10 lutego 1940 r. Tego dnia rano zjawiło się NKWD. Kazali ojcu nastoletniej Zosi brać konia, bryczkę, spakować najpotrzebniejsze rzeczy i jechać z nimi. Pojechali. Rodzice, Franciszek i Katarzyna, oraz pięcioro dzieci: Zosia (15 lat), starsza od niej Genia (26 lat), Władek (12 lat), Janek (33 lata) i Józek (20 lat). Dwie siostry – Janka i Staszka – mieszkały już poza domem, Janek także, ale przyjechał pomóc ojcu w pracy i na nieszczęście trafił na dzień, gdy przyszło NKWD. Na najbliższej stacji kolejowej zapakowano ich do bydlęcych wagonów: z małym okienkiem, piecykiem i dziurą w podłodze do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Jechali przez miesiąc, pokonali ok. 5000 km przez Rosję, na głodowych porcjach żywnościowych, w mrozie i fatalnych warunkach sanitarnych. – W tym wagonie nikt nie zmarł, jednak w wielu innych tak – opowiada pani Zosia. Trafili w okolice Krasnojarska. Tam osiedlono ich w obozie Popereczka w rejonie Daursk.

Skoro świt do roboty

– Jak wyglądał dzień w obozie? Było tam osiem baraków, stołówka, sklep i łaźnia. Około dwudziestu rodzin w każdym baraku. Spaliśmy na pryczach zbitych z kilku desek. Każdy przykrywał się czym miał, pierzyną, płaszczem… Rano skoro świt szło się do pracy. Od nas szli mama i moi bracia. Genia pracowała w obozowej kuchni. Ja opiekowałam się chorym ojcem, który miał zapalenie płuc. Pewnego dnia zmuszono go do pilnowania Żydów, których przywieziono do pracy. Rano tato był w łaźni, a na noc wzięli go na czterdziestostopniowy mróz. Tato nie miał ciepłego ubrania, bardzo się wyziębił, zaczął pluć krwią. W dniu, gdy zmarł, od rana bardzo źle się czuł. Przygotowałam mu coś do picia, do jedzenia. Tato mówił, że umrze. To było 20 lutego 1941 r.

Kolorowe, opluskwione ściany

– W lutym było strasznie zimno, srogi mróz, w baraku tylko dwa piece. W dzień pluskwy chowały się, a na żer wychodziły w nocy. W dzień staraliśmy się je zabijać. Zgniecione kolorowo połyskiwały na ścianach. Gdy bracia poszli do pracy, suszyłam ich ubrania, w baraku wszyscy tak robili, czuć było smród od tego suszenia. Około 14.00 szłam do kantyny. Pracowała tam Genia, mogła dzięki temu łatwiej wykupić talony na jedzenie. Józek wszystkie zarobione pieniądze zawsze oddawał mamie. Ale komuniści nie zawsze płacili, jedzenie też było okropne. Owsianka gotowana na rybich głowach, gotowana kapusta – to czasami dieta przez kilka miesięcy, i chleb, na wpół surowy, ciemny, gliniasty – milknie, potem dodaje: – Józek ciężko pracował, czasami mówił, że te pół kilograma chleba zgniatał w ręce i od razu zjadał, a to była porcja na cały dzień. Ja do tej pory takiego chleba nie mogę jeść. Gdy zobaczę ten czarny chleb, od razu wracają wspomnienia tamtej wegetacji. Głód, choroby, ludzie–szkielety, strach – pani Zosia znowu milknie. Po chwili dodaje: – Stało się z kartkami w kolejkach w kantynie, nie zawsze coś się dostawało. Pamiętam, jak mama oddała wełnianą sukienkę za niecałe wiaderko ziemniaków dla taty. On tak bardzo chciał zjeść ziemniaki. Był ciężko chory, mama chciała sprawić mu przyjemność.

Zdążyć przed śmiercią

– Tato czekał na Józka. Praca trwała, dopóki było jasno. Pracowali przy wycince lasu. Mama i Władek cięli małe drewka, Józek i Janek mieli cięższą pracę przy wielkich drzewach. Dziesiętnik (Rosjanin pilnujący pracy) liczył, ile drzew ścięli, i zgodnie z tym wypłacał im pieniądze. Latem, gdy puściły lody na rzece, spławiano bale do portu. Tego dnia ojciec czekał na Józka, bo wiedział, że to jego dzień ostatni. Chciał powiedzieć swojemu synowi, że ma zaopiekować się rodziną. Tak też się stało – znowu cisza, tylko łzy szklą oczy. – Następnego dnia pochowaliśmy tatę na cmentarzu, który zrobiono dla Polaków. Za barakiem, w lesie pod górą. Na grobie był brzozowy krzyż. To była dla mnie trudna noc, smutna. W nocy zresztą nie zawsze było spokojnie. Pamiętam pewną kobietę, która w nocy złamała mężowi rękę, bo chciał zjeść schowany przez nią chleb. W nocy słychać też było modlitwy i cichy płacz. Gdy teraz to opowiadam, na nowo otwierają się te rany – pani Zosia dzieli się strzępami wspomnień.

Wojna dała wolność

30 lipca 1942 r. podpisany został układ Sikorski–Majski, który przywracał stosunki dyplomatyczne między Polską a ZSRR. Oba państwa, przynajmniej w teorii, stawały się sojusznikami w walce z III Rzeszą Niemiecką. – Wtedy przestaliśmy być niewolnikami – przyznaje pani Zosia. – Dostaliśmy paszporty, mogliśmy wracać do domu. Józek wstąpił do Armii Polskiej organizowanej w ZSRR. Nas namawiano, abyśmy zostali. Ale kto tam chciał zostać? Nikt. Pojechaliśmy około 200 km na południe. Osiedlono nas koło kołchozu, z jeszcze jedną rodziną mieszkaliśmy w jednym pokoju w jakimś gospodarstwie. W kołchozie było dobre jedzenie, nie było tego strachu. Ja pracowałam w sierocińcu w Małej Minusie koło miasta powiatowego Minusińsk, sprzątałam tam. Rodzeństwo miało pracę w mieście, w fabrykach, ale też w kołchozie, gdzie np. budowali studnie. Do Polski wróciliśmy razem z dziećmi z sierocińca w 1946 r. Jak wyszliśmy z wagonu w Warszawie 21 kwietnia 1946, biły dzwony na Rezurekcję. Znowu wracałam do życia – kończy ze łzami, tym razem pewnie radości. Bo jest wolna.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma