Nowy numer 21/2018 Archiwum

Serce doczytuje

Dorzucili się do studni w Afryce, którą budowali werbiści. Dzisiaj mają syna werbistę.

U Ostrycharzy jest porządek. Zawsze tak było. To rodzina honorowa – czarne jest czarne, białe zawsze białe. Nie może być inaczej – także w życiu najmłodszego w rodzie – ojca Marka.

Ksiądz to za mało

– Dzisiaj to chyba faktycznie jedyne, co niepokoi moje serce – mówi Krystyna Ostrycharz, matka młodego misjonarza, o. Marka Ostrycharza, pracującego od trzech lat na Kubie. – Młodzi dzisiaj jacyś tacy słabi są. Tyle się słyszy o małżeńskich tragediach: pojawią się przeciwności, trzeba trochę powalczyć, poćwiczyć się w pokorze, poszukać kompromisu – już źle, już problem nie do przejścia i rozwód gotowy. W kapłaństwie też trudno. Pokusy takie i inne, samotność, niezrozumienie. Tak po ludzku na to patrzę, jak matka – mówi. Kiedy syn przyznał się, że idzie do seminarium, że chce nie tylko księdzem, ale jeszcze misjonarzem zostać, wtedy Krystyna poszła do swojego proboszcza na rozmowę. Żeby jej wyjaśnił co i jak, w końcu rzadko się zdarza, żeby dziecko księdzem chciało być. Ks. Piotr Śliwka, ówczesny proboszcz wałbrzyskiej parafii św. Piotra i św. Pawła, słuchał cierpliwie niepokojów matki: o młodości, co taka chwiejna jest; o miłości, co przychodzi znienacka; o samotności, która każdego boli. I oczywiście o bólu matki na myśl o tym, że dziecko mogłoby zdradzić swoje powołanie. Słuchał i milczał. W końcu, gdy się odezwał, usłyszała: „Każda matka ma prawo miotłą przez łeb zdzielić, a potem namaszczone ręce ucałować”. – Pamiętam jak dziś, na całe życie zostanie – zapewnia. Miotły jeszcze użyć nie mu- siała.

Mozaika z codzienności

Bo Marek to był taki chłopak bezproblemowy. Zawsze. Nauczycielki nawet podejrzewały, że rodzice się nim wcale nie interesują, że go nie doceniają. – A on po prostu robił swoje, nigdy żadnych skarg ani pretensji o niego nie było. Biegał, jeździł, uprawiał sport, wszędzie go było pełno – wspomina Ryszard, ojciec misjonarza. – Nie było potrzeby nadzorować, wyjaśniać, pilnować. Marek chodził do wałbrzyskiego technikum energetycznego. Tutaj zdał maturę i w tym środowisku szykował się na misjonarza. Nikt jednak nie miał o tym pojęcia. Gdy poszedł do werbistów, zaskoczył nie tylko ojca i matkę, ale i swoich kolegów. – Nic nie wskazywało, że zdecyduje się na taki krok – zaczyna matka. – Gdyby teraz te wszystkie zdarzenia, zachowania, sytuacje na nowo poskładać, to wyszłoby, że sygnały były, ale myśmy ich nie potrafili odczytać – przyznaje. Oni się po prostu bali tego, co to znaczy, dlatego mieli zamknięte oczy, uszy i serce na to, co stać się musiało.

Pierwszy i drugi

Ryszard i Krystyna mają dwóch synów. Adrian jest o sześć lat starszy od Marka i on pierwszy zaczął służyć do Mszy św. (przy ołtarzu jest po dziś dzień). On pierwszy poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy (dzisiaj już nie chodzi), on pierwszy wziął udział w rekolekcjach powołaniowych w seminarium (nie spodobały mu się). Za nim szedł jego brat. Ten jednak nie czekał sześciu lat, aż będzie w wieku pierworodnego, ale dzielnie dotrzymywał mu kroku. Dlatego sześć lat wcześniej niż brat stanął przy ołtarzu, poszedł na pielgrzymkę i odwiedził seminarium. A co z tymi werbistami? Skąd się wzięli w życiu Marka? – Byliśmy przez całe nasze życie taką typową polską rodziną – niedzielnych katolików – mówi Krystyna, mąż dopowiada. – Rodzina żony, szczególnie moja teściowa, to jednak bardziej pobożni ludzie od tych z mojej strony – przyznaje. – To ważne, bo za sprawą teściowej w którymś momencie zaczęliśmy w niedzielę wszyscy razem odmawiać Różaniec – przypomina żonie. Marek był wtedy w szkole średniej. – Zaraz, ale wcześniej był artykuł w gazecie. Takiej zwykłej, świeckiej, o tym jak można pomagać ludziom. Była tam historia budowy studni w Afryce. Wysłaliśmy pieniądze i okazało się, że tę studnię budują werbiści. Od tego momentu do domu zaczęły przychodzić misjonarskie gazety. Byliśmy więc na bieżąco. Szybko okazało się, że brat naszego wikariusza jest właśnie werbistą. Marek zaczął jeździć na jakieś rekolekcje i spotkania organizowane przez misjonarzy – dodaje Krystyna.

Syn w sercu Kościoła

Po maturze droga na misje stała otworem. Marek szedł typową ścieżką formacji werbistów, dlatego mieszkał najpierw w Nysie, potem w Chludowie, a na koniec w Pieniężnie. – Bałam się tego, że teraz my, zwyczajni będziemy musieli stykać się ze światem księży, zakonnic – wspomina Krystyna. – Szybko okazało się, że lęki były na wyrost. Towarzyszyliśmy synowi w kolejnych etapach formacji, poznawaliśmy jego kolegów, przełożonych, formatorów. Od razu czuliśmy się w tym środowisku jak u siebie. Radość i otwartość zakonników tworzy rodzinny klimat. Trudno się oprzeć wrażeniu, że to wszystko jest takie szczere, autentyczne, że nie ma tu miejsca na bufonadę, dystans czy tym bardziej na obojętność – mówi. Razem z Markiem seminarium zaczynało 18 chłopaków. Gdy przyszedł czas święceń, było ich tylko pięciu. – Święcenia odbyły się 8 kwietnia 2013 r., wcześniej jednak była misyjna próba. Marek na dwa lata wyjechał do Meksyku, tam szlifował język, poznawał kulturę, przestawiał swoje myślenie z europejskiego na latynoskie. Dzisiaj od trzech lat pracuje na Kubie – mówi ojciec. – Kontakt mamy rzadki, to już reguła – Krystyna nie jest smutna. Rozumie. – Myślę, że tak trzeba. Tak jest lepiej. Kiedy otwieram mejla od syna, jest tam zawsze zaledwie kilka zdań. Nic osobistego, ot garść informacji, co się dzieje w dalekim kraju. Za to na końcu zawsze: „Zdrowie fizyczne i duchowe w porządku” i po tych słowach moje serce doczytuje całą resztę, wszystko co jest mi potrzebne, żeby spać spokojnie – wyjaśnia. Na koniec dorzuca. – Cieszy mnie, że raz w roku cały Kościół myśli o misjonarzach, w niedzielę „Ad gentes”, drugą Wielkiego Postu, wtedy cały Kościół pamięta także o moim synu.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma