• facebook
  • rss
  • Betesda wałbrzyska

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 34/2016

    dodane 18.08.2016 00:00

    Sztafeta franciszkańskiej troski o biednych trwa od 70 lat – na Sobięcinie.

    Spodobało się Panu nazwać to miejsce cierpienia Betesdą, czyli sadzawką uzdrowienia – przekonuje o. Bogdan Waliczek OSPPE, duchowy opiekun sióstr z Zachodniej 17 w Wałbrzychu. Jak to możliwe? Na Sobięcinie? – Bo przecież każdy z nich potrzebuje najbardziej bycia kochanym – wyjaśnia.

    Znak od Pana

    Siostra Anna Polanowska RM. Kiedy trzy lata temu przyjechała do Wałbrzycha, po ludzku nie wiedziała, w co włożyć ręce. Działo się wiele, a ona – nowa dyrektorka i przełożona – za wszystko teraz odpowiadała. Dlatego zatrzymała się i… sięgnęła po Biblię, otworzyła i przeczytała. Pan dał znak. Jak zwykle w takich okolicznościach siostry potrzebowały skutecznego przewodnika – św. Józefa. O dziwo w domu nie było figury Cieśli. Rozejrzały się po okolicy i po sąsiedzku, w Boguszowie-Gorcach znalazły: w kościelnym kącie, zapomnianą, piękną rzeźbę świętego opiekuna. Zaprowadziły Józefowe porządki. Tak zaczęła się odnowa Domu Pomocy Społecznej w Wałbrzychu. Na Sobięcinie.

    Domu, który jest własnością miasta, ale siostry nim administrują. Odkąd prezydentem miasta został Roman Szełemej – DPS zarządzany przez siostry nabiera blasku. – Możemy liczyć na pana prezydenta. Ceni sobie naszą pracę i obiecuje, że powoli, z roku na rok dom będzie coraz bardziej nowoczesny – mówi s. Anna i oprowadza po parterze: odgrzybionym, odwodnionym, wyremontowanym całkiem niedawno. Pierwsze piętro wygląda dobrze, na drugim trwa remont. Trzecie piętro głównego budynku – strych – to mieszkanie sióstr. Pięć ich tu mieszka. Jest też kaplica – serce domu.

    Wierna tożsamość

    Siostra Ewelina Uruska RM gdzieś na piętrze siedzi w swoich papierach, najpierw jako kadrowa, potem jako główna księgowa. Od trzech lat żyje sprawami wałbrzyskiej placówki zgromadzenia. Zna się na tym, więc wszystko w papierach zgadza się co do przecinka. To wymaga systematycznej pracy, czujności i profesjonalizmu. I taka jest s. Ewelina: drobiazgowa, dokładna, terminowa. Nie przestała jednak być siostrą zakonną, kobietą konsekrowaną, poświęconą z miłości do Jezusa – Oblubieńca. A mogła! Mogła stać się kukłą w habicie. Manekinem konsekrowanym. To przecież takie łatwe: stracić swoją tożsamość, zamienić ją na maskę pracy, zafałszować sztucznymi priorytetami. Tak! Ale siostra Ewelina jest mocna – mocą Pana. Nie jest w tym wyjątkiem. Tej wierności uczą się wszyscy pracownicy domu. Zaraz po tym jak siostry rozeznały, że odnowa to dar Pana, zorganizowały Kurs Filip – to narzędzie nowej ewangelizacji. Do sióstr i innych pracowników DPS, dołączyli kolejni: rodziny i przyjaciele. Wszyscy nabrali tego samego ducha. – Dlatego świetnie się rozumiemy, umiemy się razem modlić, czujemy obecność Pana, otwieramy się na Jego wolę. Nasi podopieczni to widzą – że jesteśmy jedno! Przez miłość: służebną, pokorną, delikatną, ofiarną, a przez to tak wiele mówiącą o Bogu w codzienności – wyjaśnia s. Ewelina.

    Dwa etaty

    Siostra Renata Porzeczka RM do wspólnoty dołączyła rok temu. Jest pielęgniarką, wykonuje więc zawód deficytowy w okolicy a pewnie i w Polsce, bo pielęgniarki wyjeżdżają do Niemiec. Tam mają lepsze warunki pracy i płacy, dlatego brakuje ich coraz bardziej. Tutaj chorzy liczą tylko na s. Renatę. Ona jest zawsze. Na każde zawołanie. Ma dwa etaty: jeden z umowy o pracę a drugi z miłości. Bo to kobieta, która zna się na tym, co robi, i kocha chorych. Wszyscy wiedzą, że nie pozwoli na traktowanie ich według kategorii: lepszy – gorszy, bardziej – mniej zasłużony. Chorzy bowiem mają różne historie, nieczęsto trudne, nawet popaprane, ale zawsze jedną twarz. Nietrudno domyślić się czyją. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z najmniejszych, Mnieście uczynili” – kołacze w sercu siostry. Kiedy 70 lat temu lwowskie siostry franciszkanki Rodziny Maryi przejęły Dom Opieki dla Dorosłych, wypełniali go przede wszystkim repatrianci. Dom był o połowę mniejszy ale chorych było aż 57. Można sobie wyobrazić warunki, w jakich żyli. Kapitalnego remontu budynek doczekał się dopiero w 1964 r. Po tamtych pracach budowlanych trzeba dzisiaj ponownie zbijać tynki, odgrzybiać, kłaść nowe instalacje, wymieniać, modernizować, dostosowywać, standaryzować. Był taki moment, gdy siostrom zaproponowano, by zamieszkały w innym budynku. – Nie zgodziłyśmy się, nie mogłyśmy się zgodzić, bo to byłoby zaprzeczeniem naszej misji – mówi z podziwem i uznaniem o swych poprzedniczkach s. Renata. – Musimy być blisko, pod ręką, na zawołanie, w zasięgu wzroku i głosu. Jak w domu – podkreśla.

    Smak gotowania

    Siostra Wiesława Kogut RM cztery lata temu przyjechała do Wałbrzycha żeby robić to, na czym się zna najlepiej: gotować. Nie było oczywiste, że właśnie zaczyna się nowa epoka w DPS. Gotowanie może być pasją. Zaspokojenie głodu to podstawa, żeby móc wznieść się do nieba. Tak gotuje s. Wiesława. – Musisz wiedzieć kim są ci, dla których gotujesz, gotowanie nawet dla wielu, ale takich, których znasz, nigdy nie zamieni się na „żywienie zbiorowe” – zapewnia. Dlatego siostrę można spotkać nie tylko w kuchni, przy kaflowym piecu i wielkiej patelni, ale też na korytarzu domu, przy łóżku chorego. Tak poznaje tych, którym gotuje, wsłuchuje się w nich, podąża za ich historią, wchodzi w ich świat. A nie jest on łatwy. Wielu podopiecznych Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, to ludzie biedni, ludzie zniszczeni przez komunizm, pijaństwo, ludzie którzy wiedzą, jak smakuje głód. Lokatorzy pustostanów, altanek, piwnic i studzienek, porzuceni, zaniedbani, zaszczuci, nad przepaścią – pozostawieni samym sobie, cudem wracają do żywych. Lekarze nie doceniają, ile może zdziałać miłość! Niczego jednak nie dałoby się zrobić, gdyby nie… jedzenie – podstawa zdrowego ciała, równowagi serca i kondycji duchowej. Wie o tym między innymi Roman Szełemej, on sam osobiście prosił siostry żeby nie przeszły na katering. Zależy mu na tym, żeby ci, którzy trafiają do tego DPS, mogli najeść się do syta. – Skoro wie, to liczę na to, że także moja kuchnia doczeka się remontu – uśmiecha się z nadzieją s. Wiesława.

    Akuszerka wieczności

    Siostra Genowefa Torba RM w domu pracuje od 18 lat. Mówić o niej można różnie: siostra anioł, siostra miłosierdzia, siostra okno, siostra pokoju, siostra asystentka, ale może jedno wystarczy? Siostra – po prostu. Drobnej postury, najstarsza, najbardziej doświadczona, cierpliwa – specjalistka od spraw duchowych. Ci, którzy czekają na poruszenie wody w sadzawce, mają w niej swoją niestrudzoną towarzyszkę. – Ona potrzyma za rękę – ale będzie w niej różaniec; ona wysłucha skargi – ale potem wyszepcze z tobą koronkę; ona poprawi poduszkę – żeby łatwiej było ci oddychać, przy Aniele Pańskim – zaczynają wyliczać Genowefowe uczynki miłosierdzia chorzy. – Ona zwilży wargi, żebyś mógł powtórzyć: „żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył”. Ona umie wchodzić oknem, gdy wyrzucisz ją drzwiami. Będzie uparta, ale nie nachalna. Będzie wierna twojemu pogubieniu, byle cię z niego wyprowadzić. Będzie kochająca, nawet jeśli każesz jej stanąć z daleka – miłosierna matka, która uczy się od ojca z przypowieści, co robić z marnotrawnymi dziećmi – dodają inni, mniej pobożni. Siostra Genowefa jest cierpliwa. Czas i cierpienie robią swoje – ona o tym dobrze wie. A śmierć, gdy się zbliża – zupełnie zaskakuje umierającego „twardziela”. Kiedyś śmierć przyszła w karnawale. Wszyscy pamiętają. – Siostro, umieram – zawołała jedna z kobiet. – Żartujesz! – odparowała s. Genowefa, ale wiedziała, że nie żartuje. Przytuliła kobietę i zaczęła szeptać „Dla Jego bolesnej Męki, miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Po chwili dołączyła do niej umierająca – aby przejść z ramion s. Genowefy, na drugą stronę, w ramiona Miłosiernego. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół