• facebook
  • rss
  • Szpilek nikt nie chce

    dodane 03.11.2016 00:00

    Ksiądz Roman Tomaszczuk zaczyna filozoficznie, potem brnie przez teologię i ślizga się po psychologii, a finiszuje komediowo.

    Mirosław Jarosz: Jesteś szczęśliwy?

    Ks. Roman Tomaszczuk: Filozoficznie zaczynasz, ale może faktycznie tak trzeba, skoro to ma być rozmowa na koniec tych 12 lat pracy w „Gościu”. Otóż, owszem, jestem szczęśliwy, tzn. mam wewnętrzne przekonanie, że idę drogą, na której najbliżej mi do Boga. To daje pokój, choć co jakiś czas łapię się na tym, że chciałbym oprzeć się na czymś bardziej namacalnym, czymś z tego świata… A tu nic z tego. Wprost przeciwnie, właśnie porzucam te podpórki: zrezygnowałem z dobrze płatnej pracy; odchodzę ze środowiska, które mnie szanuje, nierzadko ceni; wyrzekam się niezależności, a nawet swobody poruszania się.

    Boli?

    Nie mam problemu z rozdaniem tego, co nagromadziłem przez lata. Nawet sprawia mi to radość, gdy widzę, że ktoś będzie z tego korzystał, że to będzie dalej służyć. Trudne są emocje związane z zamknięciem pewnego rozdziału moich znajomości: tych prywatnych, zawodowych i duszpasterskich.

    No właśnie, wiesz, że wielu ma Ci za złe, że ich zostawiasz?

    Wiem. Mówią mi o tym wprost. Mają żal, pretensje i łzy w oczach. Jest im trudno, mnie też. Co więcej – przy tych rozstaniach zauważyłem, że często nie dałem im tyle serca, uwagi i czasu, ile potrzebowali, na ile zasługiwali, ile trzeba było. Przykro mi, bo to moja porażka. Wiecznie pędziłem, goniłem, żyłem „załatwianiem”, „odhaczaniem”, „zaliczaniem”. Żałuję. Przepraszam.

    Po co jest rodzina, po co dzieci i czy ich liczba ma znaczenie?

    Pyta mnie – księdza – mąż Magdaleny i ojciec pięciorga wspaniałych dzieci… Ty powinieneś mi to powiedzieć. To sens Twojego życia i najkrótsza dla Ciebie droga do nieba.

    Za to Twoja biegła przez poprawczak.

    14 lat byłem kapelanem poprawczaka w Świdnicy. Czytelnicy „Gościa” mogli się domyślić, bo nierzadko opisywałem, co tam się dzieje. Spotkałem tam młodych, którzy przyjmowali mnie z ogromnym szacunkiem i wdzięcznością. Kiedy odchodziłem do pracy w „Gościu”, katechizowałem w najlepszym liceum, w gimnazjum oraz w poprawczaku. Nawet przez chwilę nie wahałem się, gdzie chcę zostać. Czemu tam? Bo w liceum, choć młodzież była kulturalna, to jednak większość dawała mi do zrozumienia, że to, co dla mnie najcenniejsze: wiara, Ewangelia, Kościół – u nich przegrywa z geografią, polskim czy fizyką. W gimnazjum musiałem robić z siebie pajaca, żeby przekonać uczniów do siebie, a przez to do treści katechezy… Udawało się, ale pochłaniało to mnóstwo energii. W poprawczaku czekali na mnie, cieszyli się mną, cenili sobie mnie – nie Romka Tomaszczuka, ale księdza. To mnie bardzo budowało.

    W którym miejscu sporu tradycjonalistów z modernistami jesteś?

    Na łamach „Gościa” i na naszej stronie internetowej ten temat wywoływał zawsze największe emocje. Przez wielu tradycjonalistów jestem postrzegany jako tzw. modernista i pewnie by się zdziwili, że na co dzień odprawiam Mszę św. przodem do ołtarza i w „skrzypcach”. Cieszy mnie troska tradycjonalistów o piękno i o prawdę liturgii, ale uważam, że nie potrafią o tym rozmawiać ze współczesnymi ludźmi. Dowód? Ich wspólnota to od lat wciąż bardzo wąskie grono wiernych.

    Dlaczego wszystko, czym się otaczasz, musi być najlepsze?

    Masz na myśli sprzęty, wystrój mieszkania, ciuchy, samochód? To złożona sprawa, ale w skrócie: to efekt historii życia, bo kiedyś moja rodzina żyła bardzo skromnie; to konsekwencja moich zranień i kompleksów, próbuję w ten sposób je zamaskować albo dodać sobie odwagi czy wartości; to także wynik wrażliwości estetycznej i perfekcjonizmu umocowanych w ignacjańskim „magis”, czyli „więcej”! Niektóre przyczyny ustają, inne sublimuję, jeszcze inne podporządkowuję duchowym priorytetom – słowem wyrastam, dojrzewam, nabieram dystansu – pewnie dlatego kilka lat temu nie potrafiłem z tego zrezygnować, a dzisiaj zostawiam wszystkie te protezy i ogołocony idę do klasztoru.

    Co pozostawiasz po sobie w Świdnicy?

    Zastanawiałem się nad tym, bo przecież mieszkałem tu 16 lat. Całe moje kapłańskie życie. Cieszy mnie to, że kilka inicjatyw będzie kontynuowanych, choć się wyprowadzam. Zresztą niektóre już od jakiegoś czasu funkcjonują bez mojego udziału: homilie w dzień powszedni w dzisiejszej katedrze, gdzie kiedyś byłem wikarym, i Droga Krzyżowa ulicami miasta. Inne właśnie od siebie uwolniłem: pielgrzymka do Sulistrowiczek 1 maja; niedzielna „dwudziestka” w kościele na Wałbrzyskiej i moje najmłodsze duszpasterskie dziecko: Msza św. o 7.30 w kościele pw. Świętego Krzyża. Jest też sprawa, która nie będzie miała swojej kontynuacji, a która przez osiem lat budziła wiele emocji: moje aktorskie popisy na scenie Alchemii Teatralnej pod kierunkiem Julka Chrząstowskiego w gronie wspaniałych „alchemików”. W te buciki, żeby nie powiedzieć „szpilki”, nie ma komu wejść.

    Szpilki?

    Owszem, w ostatniej sztuce wcieliłem się w rolę Grzegotki, któremu hrabia Fredro i Julek kazali chodzić w spódnicy i szpilkach.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół