• facebook
  • rss
  • Wigilijna wieża Babel

    Mirosław Jarosz

    |

    Gość Świdnicki 52/2016

    dodane 22.12.2016 00:00

    Rok 1946. Pierwsza Wigilia Narodzenia Pańskiego na Ziemiach Odzyskanych. W małej miejscowości w Górach Sowich przy wspólnym stole zasiadają Polacy, Niemcy, Żydzi, Ukraińcy. Komuniści i narodowcy. Katolicy, prawosławni i ewangelicy.

    miroslaw.jarosz@gosc.pl To finałowa scena sztuki teatralnej. Ale podobnych, prawdziwych historii wydarzyło się okolicy wiele. Kiedy skończyła się ostatnia scena spektaklu owacjom nie było końca. Na wielu twarzach było widać łzy wzruszenia. Zarówno aktorzy amatorzy na scenie, jak i publiczność to w większości dzieci i wnuki pierwszych osadników. Nic więc dziwnego, że wielu tak emocjonalnie podeszło do tego, co zagrali i zobaczyli. Historie skrywane przez lata, mówione szeptem w zaciszu rodzinnym w końcu zostały głośno opowiedziane.

    To Dziki Zachód, nie Reymont

    Jak wyjaśnia Robert Delegiewicz, scenarzysta, reżyser i jeden z bohaterów sztuki, to, co się udało stworzyć, wynika trochę z przypadku, bo nigdy nie myślał o takim temacie. Ostateczny kształt sztuki jest jednak wypadkową miejsca i ludzi, którzy wzięli w niej udział. – Scenariusz „Ziemi obiecanej włókniarzy” to mój debiut w tak dużej formie literackiej – wyjaśnia reżyser. – Do tej pory zajmowałem się raczej opracowywaniem tekstów klasyków. Inspiracją do napisania tekstu stały się osoby biorące udział w sztuce. Obserwowałem je, słuchałem ich opowiadań i dopiero wtedy zacząłem pisać. Jak przyznaje reżyser, spektakl rodził się stopniowo. Najpierw powstały monologi poszczególnych bohaterów i finałowa scena przy wigilijnym stole. Później dopiero zaczęły tworzyć się sceny, które doprowadziły do tak niezwykłego spotkania. Projekt teatralny, który zrealizowano w głuszyckim Centrum Kultury, zakładał, że temat będzie osadzony w regionie i związany z włókiennictwem, które istniało w Głuszycy przez całe dziesięciolecia. – Niestety, z włókiennictwem nigdy nie miałem do czynienia, więc trudno było mi się do tego zabrać – przyznaje Robert Delegiewicz. – Przypomniałem sobie wtedy radę mojego profesora, który mówił, by w takim przypadku oprzeć się na dobrej literaturze. Pomyślałem: włókniarze? To „Ziemia obiecana” Władysława Reymonta. I tak nazwaliśmy nasz projekt – „Ziemia obiecana włókniarzy”. Niestety, szybko okazało się, że historii budowania krwawego kapitalizmu nijak nie da się przełożyć na to, co działo się przy budowie socjalizmu w powojennej Polsce. Wszystko trzeba było stworzyć od zera. Reżyser skorzystał z opowieści rodzinnych i wspomnień aktorów biorących udział w sztuce oraz z własnych. To dało nieoczekiwanie niezwykły efekt.

    Nasze życie

    – 80 procent tego, co znalazło się w scenariuszu, opiera się na prawdziwych historiach – tłumaczy Robert Delegiewicz. – Sięgnąłem też do historii własnej rodziny, która jest skomplikowana, tak jak historie chyba wszystkich, którzy się tu znaleźli. Moi dziadkowie od strony mamy przyjechali z prac przymusowych w Niemczech i Austrii. Dziadek od strony taty był partyzantem w Kieleckiem, babcia przeżyła zsyłkę na Syberię. Wujkowie byli w II Korpusie Andersa. To splot wielu ludzkich historii, mocno naznaczony czasem II wojny światowej. Opowieści przekazywane latami zacząłem w końcu spisywać. Ta historia jest taka żywa, bo prawdziwa. Finał sztuki doprowadza widzów do wigilijnego wieczoru, bo jak tłumaczy autor, zawsze jest on niezwykły. Panuje wtedy pewien intymny nastrój. Inaczej się zachowujemy, wracamy do dzieciństwa, jesteśmy łagodniejsi. To stanowi znakomity kontrast z tym, co przyniosła władza komunistyczna, jak traktowała ludzi Służba Bezpieczeństwa oraz z traumatycznymi przeżyciami wojny i niepewną przyszłością.

    Z bólem, bez pretensji

    Zainteresowanie najnowszą historią tych ziem w ostatnich latach gwałtownie wzrosło. Łukasz Kazek w pobliskim Walimiu jest znanym prekursorem odkrywania i popularyzowania historii regionu. – Z opowieści dziadka pamiętam, że w tamtym czasie ludzie darzyli się naprawdę wielkim szacunkiem – zaczyna opowieść. – Nikt nikomu nie odmawiał pożyczenia konia, krowy, rąk do pracy. Wszyscy się cieszyli, że przeżyli wojnę. Ten wzajemny szacunek było bardzo widać. Wiem, że spotykali się w niedziele, opowiadali, kto co przeżył, ten powstanie, tamten obóz. Nie da się jednak ukryć, że był to również dobry czas dla zwykłych bandytów i złodziei, którzy na ludzkim nieszczęściu chcieli się szybko dorobić. Były też spory o wizję nowej Polski. Jedni za wszelką cenę chcieli spokoju po wojennej gehennie, inni nie chcieli się pogodzić z sowiecką okupacją. – Ale były i inne bardzo trudne sprawy, jak choćby wspólne spożywanie posiłków z Niemcami – wspomina Łukasz Kazek. – Dziadek przez ponad rok mieszkał w jednym gospodarstwie z hitlerowcem. Dziadek, który siedział w obozie Birkenau, a potem spędził rok na robotach przymusowych, musiał z byłym niemieckim żołnierzem zasiadać przy jednym stole. Takich historii w okolicy było wiele. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak dla nich wszystkich było to trudne. Ale było też i tak, że to wspólne mieszkanie zacieśniało więzy. Pewnie były i wspólne wigilie. Ludzie odkrywali wtedy wspólny mianownik. Zarówno jedni, jak i drudzy musieli opuścić rodzinne domy i ziemię. Ci zwykli rolnicy wiedzieli, że nie mogą mieć do siebie wzajemnej pretensji, bo wszystko odbywa się ponad ich głowami. Hitler i Stalin wywołali wojnę, a później podzielili się ich ziemią. Znam przykłady, że niektóre przyjaźnie przetrwały jeszcze wiele lat po wojnie.

    Pytajmy, póki można

    – Myśląc o Bożym Narodzeniu, zawsze mam pewien niezwykły obraz, którego jako dziecko nie rozumiałem – przypomina sobie Łukasz Kazek. – Kiedy spotykaliśmy się przy wigilijnym stole, nie docierało do mnie to, co tam się dzieje. Moja babcia od strony ojca pochodzi z Wołynia. Dziadek od strony ojca ze Śląska, ze wsi pod Katowicami. Dziadek od strony babci jest góralem z Tylmanowej. Babcia od strony mamy jest z Kielc. Kiedy oni wszyscy zasiedli razem do wigilii i każdy zaczął opowiadać o swoich obrzędach i tradycje wykładać, to robił się dla mnie jakiś wielki „kosmos”. Nie rozumiałem wtedy, dlaczego każdy mówi co innego, co innego robi, sprzeczają się, co innego na stole kładą. To właśnie były Ziemie Odzyskane. Wtedy tego nie rozumiałem. Teraz rozumiem, ale niestety nikt z nich już nie żyje. Teraz chciałbym ich o wiele rzeczy zapytać, ale … – Łukasz zawiesza głos. W ostatnim czasie zainteresowanie tym, co działo się w Górach Sowich, zaczęło przekładać się na działania kulturalne. W listopadzie miała miejsce premiera spektaklu „Polska 120” przygotowanego przez wałbrzyski Teatr Lalki i Aktora. Inspiracją do jej powstania było 120 rolek klisz fotograficznych, ze zdjęciami wykonanymi tuż po wojnie przez walimskiego organistę, które dwa lata temu trafiły do Łukasza Kazka. Widać na nich codzienne życie zwykłych ludzi. Na spektakl składają się wspomnienia żyjących jeszcze osób, widniejących na zdjęciach, lub tych, który je pamiętają. „Ziemię obiecaną włókniarzy” po raz pierwszy pokazano publiczności 10 grudnia. Na 18 grudnia wrocławski teatr Towarzystwo Kultury Czynnej przygotował premierę sztuki napisanej na podstawie książki Łukasza Kazka „Faszystowska mać!” przedstawiającej powojenne wspomnienia jego dziadka.

    Dorośliśmy do prawdy

    – Łatwiej się patrzy drugiemu, trzeciemu pokoleniu na to, co przeżyło pierwsze – mówi Łukasz Kazek. – Łatwiej coś powiedzieć, rozliczyć. Kiedy pracowałem nad książką „Faszystowska mać!”, to wykorzystałem w niej wszystkie wspomnienia dziadka. Nie miałem żadnych oporów, by napisać, że on także szabrował. Że z kryształami i porcelaną jeździł na dachu pociągu do centralnej Polski, żeby je sprzedawać. Myślę, że on sam, a nawet moi rodzice, mieliby problem, by o tym mówić. Ja nie. Wydaje się więc, że dopiero obecne pokolenie dorasta do tego, by zacząć rozliczać się z przeszłością. Zacząć, bo nawet jak sam Łukasz wyjawia, są rzeczy, o których również on wie, a jednak publicznie nie opowie lub nie zdradzi, o kogo chodzi. Bo mimo wszystko niektóre rzeczy są ciągle bardzo żywe i nie wszyscy potrafią się z nimi rozliczyć. W niektórych sprawach musi dorosnąć jeszcze jedno pokolenie. – Jest wtedy jednak niebezpieczeństwo zapomnienia – przestrzega pasjonat historii. – Dlatego my musimy mówić o sobie. Jeżeli my tego nie zrobimy, to zrobi to ktoś za nas. Zrobią może jakiś film Amerykanie albo Brytyjczycy, albo – nie daj Boże – Rosjanie. Wtedy będziemy mieli pretensję, że coś zostało sfałszowane, przekręcone. Ale to myśmy tego nie zrobili. Nikt nie będzie na nas czekał. Dlatego bardzo się cieszę, że ostatnio coś się w końcu zmienia.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół