• facebook
  • rss
  • Oni rozpoznali znaki

    ks. Przemysław Pojasek

    |

    Gość Świdnicki 22/2017

    dodane 01.06.2017 00:00

    Właśnie zakończyli kolejny etap swojego życia. Po sześciu latach formacji wyruszą w świat jako kapłani głosić Ewangelię. Ich dotychczasowe życie nie zawsze było łatwe.

    Zwykle pierwsze myśli o kapłaństwie pojawiają się już w dzieciństwie. Znaczenie w społeczeństwie, wzór księdza z parafii, religijne wychowanie w domu – wszystko to wpływa na młodego człowieka, który zaczyna myśleć, co będzie robił w dorosłym życiu. I choć jego dalsze losy zależą od wielu czynników, to jednak na każdym etapie powołania musi się zmierzyć sam ze sobą i odpowiedzieć sobie na pytanie o kierunek obranej drogi. Zapytaliśmy o nią księży, którzy 27 maja przyjęli święcenia kapłańskie w świdnickiej katedrze. Które momenty ze swojej drogi szczególnie zapamiętali?

    Start

    – Pamiętam, że w dzieciństwie bawiłem się w domu w odprawianie Mszy Świętej. Nigdy nie byłem ministrantem, choć było bardzo blisko do tego, abym służył przy ołtarzu – wspomina ks. Paweł Pęczuła z parafii pw. Chrystusa Króla w Dzierżoniowie (na zdjęciu drugi od lewej). I choć wraz z dorastaniem jego powołanie cichło, zawsze drzemało gdzieś w głębi serca. Z dziecięcymi marzeniami wiąże się również historia powołania ks. Krzysztofa Frącka z parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Bielawie (pierwszy od lewej). Od początku chciał być księdzem i nie zmieniło się to przez lata. – Już od dziecka czułem powołanie do kapłaństwa. Poszedłem za głosem, który usłyszałem w swoim sercu. Szybko też dołączyłem do służby liturgicznej, gdzie dorastałem, przyglądając się księżom pracującym w parafii. Szukałem wśród nich wzorów do naśladowania. W wieku siedmiu lat do ministrantów dołączył ks. Łukasz Basisty z parafii pw. św. Jerzego w Dzierżoniowie (czwarty na zdjęciu). W jego przypadku jednak nie była to prosta droga. Poza kapłaństwem marzyły mu się też inne drogi. – Sądzę jednak, że służba przy ołtarzu, życie blisko parafii i kapłanów bardzo pomogło mi zaakceptować moje powołanie. Jeździłem też później na rekolekcje do naszego seminarium i to one umocniły mnie w postanowieniu o wstąpieniu do duchowieństwa. Inaczej było z ks. Mariuszem Maluszczakiem z parafii pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Nowej Rudzie-Słupiec (w środku). – Pochodzę z rodziny wierzącej, tradycyjnej. Co niedzielę chodziliśmy na Mszę Świętą, ale chyba nigdy w dzieciństwie nie myślałem o tym, żeby zostać księdzem. Co prawda rodzice przypomnieli mi, że budowałem w pokoju jakieś ołtarzyki, ale Mszy Świętej nie odprawiałem, a w dodatku nigdy nie byłem ministrantem. Moim hobby od ostatnich klas podstawówki było pływanie. Chodziłem na basen dwa razy w tygodniu i tak się w tym sporcie zakochałem, że zostałem ratownikiem i myślałem, że to jest moja życiowa droga – opowiada. Ks. Gniewomir Flis, także z parafii w Nowej Rudzie-Słupcu (pierwszy od prawej), o początkach swojego powołania opowiadał już na łamach „Gościa Świdnickiego” kilka lat temu. Mówił wówczas o niezwykłym znaczeniu babci Teresy, która rozpaliła, ochroniła i wzmocniła jego wiarę. Duże znaczenie miał również wybór szkoły w Henrykowie, gdzie niemal na co dzień miał kontakt z przyszłymi duchownymi. Prawdziwe rozeznanie powołania przyszło jednak dopiero później.

    Znaki drogowe

    Już po pierwszym roku seminarium Gniewomir zauważył, że nie bardzo przykłada się do formacji. Coś było nie tak, więc myślał nad rezygnacją. Na spotkaniu parafialnej Odnowy w Duchu św. dostał jednak słowo, które go zaintrygowało. Historia młodzieńców w piecu ognistym wywołała lawinę wydarzeń, które zmieniły jego nastawienie. W środku nocy poczuł mocne pragnienie generalnej spowiedzi, ale coś mu podpowiadało, że musi się ona odbyć w odpowiednim miejscu. Tak trafił do krakowskich Łagiewnik, gdzie dokładnie o godz. 15.00 w dyżurnych konfesjonałach został tylko jeden spowiednik. Spowiedź, choć dała poczucie Bożej miłości, niewiele zmieniła. Postanowił więc wrócić do domu. W drodze do Wrocławia na dworcu spotkał obcokrajowca. – Z miejsca oceniłem go, że jest jakimś menelem i będzie chciał pieniądze na browar lub coś innego, więc prosiłem w duchu, żeby przeszedł obok i nie zagadał. No i stało się. Zapytał mnie po angielsku, czy z tego peronu jedzie pociąg do Wrocławia. Grzecznie odpowiedziałem, że tak. Pociąg nadjechał. Dziwny zagraniczny gość zapytał, czy może usiąść ze mną w przedziale. Dziwnym trafem bez zastanowienia palnąłem, że tak. I tak po drodze szlifując angielski, mogliśmy w przerwach pomiędzy drzemkami porozmawiać o wszystkim i niczym – wspomina. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie padło z ust podróżnego pytanie o to, czym się Gniewomir w życiu codziennym zajmuje. Kiedy przyznał się, że jest klerykiem, francuski podróżnik Jean-Pierre (bo tak miał na imię) powiedział, że nie zna Boga, bo nikt mu nigdy o nim nie mówił. – Zamurowało mnie. Co ja mam mu powiedzieć o Bogu? – zastanawiał się. To zdarzenie Gniewomir miał przed oczami przez cały okres formacji. Ono przypominało klerykowi, co ma w życiu robić. W przypadku ks. Mariusza takim znakiem była piesza pielgrzymka na Jasną Górę. – W zasadzie zapisali mnie na nią przyjaciele. Pamiętam, że myślałem o tych 10 dniach bez cywilizacji jak o niezbyt zachęcającej wizji spędzenia czasu wolnego. Brak bieżącej wody, łazienki, lodówki, a do tego otoczenie wyłącznie starszych ludzi z różańcami w ręku. Ale czego się nie robi dla przyjaciół. Poszedłem i okazało się, że wszystko było inaczej niż myślałem. Świetna atmosfera, radośni i otwarci ludzie w różnym wieku. Nie brakowało ani starszych, ani młodych, były nawet małe dzieciaki z rodzicami. A wszystkich łączyło jedno – wiara. Dla mnie to był po prostu szok. Odczytałem to jako odpowiedź Boga na moje poszukiwania właściwej drogi. Poznałem tam ludzi, z którymi do teraz mam bardzo dobry kontakt. Spotkałem kleryków, księży i franciszkanów, którzy stali się dla mnie autorytetami – wspomina. Osoby duchowne były także drogowskazami na drodze pozostałych neoprezbiterów. Ich przykład, świadectwo wiary i zaangażowanie w pracę pociągały przez cały ten czas nowych księży do ofiarnej służby. Były też inne znaki. Dla ks. Pawła to choćby data przyjazdu do seminarium. Było to 22 września 2010 r. Jak sobie później uświadomił, w 19. rocznicę przyjęcia przez niego sakramentu chrztu św.

    Kierunek wyprawy

    Na pytanie o plany na przyszłość wszyscy z uśmiechem odpowiadają, że powierzają się Bożej woli. Na ten nowy etap mają jednak swoje dewizy. Dla ks. Krzysztofa Frącka są to słowa z Dzienniczka św. s. Faustyny – „Celem moim jest Bóg… A szczęściem moim jest spełnienie woli Bożej i nic w świecie tego szczęścia zmącić mi nie zdoła, żadna potęga i żadna moc”. Podobne w treści motto wybrał ks. Paweł Pęczuła: „Pan moim światłem i zbawieniem moim, kogo miałbym się lękać? Pan obrońcą mego życia, przed kim miałbym czuć trwogę?” (Ps 27,1). O lęku mówi też cytat wybrany przez ks. Łukasza Basistego – „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim!” (Iz 43,1). Ksiądz Mariusz Maluszczak natomiast stawia na pokorę w przekonaniu „aby On wzrastał, a ja abym się umniejszał” (J 3,30). Ostatni z wyświęconych dopiero co kapłanów – ks. Gniewomir Flis – wybrał słowa „Oto wszystko czynię nowym” (Ap 21,5). •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół