• facebook
  • rss
  • Pani Maria odeszła do innego domu...

    Joanna Wudyka Joanna Wudyka

    dodane 23.11.2017 22:06

    Pracowała w ogrodzie, pomagała w kuchni Domu Opieki Społecznej w Nowej Rudzie. Co rano otwierała kaplicę i przygotowywała ją do porannej Mszy św. Któregoś poranka tego nie zrobiła...

    Maria Leżańska spędziła ostatnie lata swojego życia w Domu Pomocy Społecznej w Nowej Rudzie .

    - Po wojnie wraz z rodzicami i rodzeństwem przyjechała na Ziemie Zachodnie, gdzie pracowała na gospodarstwie. W młodym wieku owdowiała, wychowała dwoje dzieci. Życie jej nie rozpieszczało, ale mimo to dzielnie zmierzała się z trudnościami. Była pomocna, bardzo szczera i pobożna. Pamiętała o imieninach i urodzinach bliskich, wysyłała kartki z życzeniami. Bardzo nam będzie tego brakowało - tak 20 listopada w Bożkowie podczas pogrzebu wspominali ją jej krewni.

    - Mieszkała u nas od około 20 lat. Wykonywała wiele prac na rzecz naszego domu. Lubiła zajmować się tymi, którzy potrzebowali pomocy bardziej niż ona. Nie myślała o sobie, tylko o potrzebach innych ludzi - opowiada siostra Bożena, pracująca w DOS w Nowej Rudzie.

    Pani Maria bez przerwy pracowała. - Zajmowała się ogrodem, pomagała nam w kuchni. Codziennie przychodziła pomagać obierać ziemniaki dla wszystkich pensjonariuszy - mówi siostra Jadzia, pracująca w DPS.

    Miała też inne obowiązki. Przez lata opiekowała się kaplicą Matki Bożej Anielskiej. Poświęcała jej swój czas, tam się odnajdywała, tam się modliła.

    - Mimo swojego wieku, wstawała codziennie przed czwartą rano, bo bała się zaspać. O piątej szła do kaplicy. Chciała być pewna, że zdąży wszystko przygotować przed poranną Mszą św., a ta rozpoczynała się o siódmej. Zaczynała od porannej modlitwy, która była dla niej najważniejsza. Później zapalała światła, wymieniała kwiaty, służyła do Mszy św. Robiła to z pełnym oddaniem - wspomina siostra Bożena.

     - Denerwowała się, gdy przychodziłyśmy do kaplicy tuż przed Mszą św. Mówiła, że to za późno, że za długo śpimy. Ale to było żartobliwe. Później zapraszała nas do swojego pokoiku i tam dzieliła się tym, co miała - opowiada jedna z pensjonariuszek.

    - Kiedyś zapytałam Marię, skąd u niej takie zamiłowanie i umiejętność układania kwiatów. Przecież trzeba mieć dar, żeby z takim smakiem ułożyć bukiety na ołtarzu. Maria powiedziała mi wtedy, że to chyba po mamie Eleonorze, która zajmowała się kościółkiem w ich rodzinnej wiosce - opowiada Maria Joanna Michałowska.

    - Pamiętam jak się cieszyła, kiedy dowiedziała się, że potrzebny jest ktoś, kto zajmie się kaplicą w naszym domu. Pan, który to robił przez lata, zmarł. Maria bez wahania zadeklarowała, że przejmie jego obowiązki. Później nie chciała jechać nigdzie na urlop, bo martwiła się, że nikt nie zajmie się kaplicą. Uspokajaliśmy ją, że ktoś ją zastąpi, ale ona wszystko chciała zrobić sama - wspomina Stefania Motyka, jej wieloletnia sąsiadka ze wsi, w której mieszkały kobiety.

    Siostra Bożena: - Miała prawo narzekać, że coś boli. W tym wieku jest to normalne. A jednak przezwyciężała to wszystko. Czasami też się denerwowała, popełniła błędy. Nie będziemy wytykać jej tego, co zrobiła źle. Patrząc na całe jej życie, więcej zrobiła dobrego niż złego.

    - Poznałam panią Marię podczas spotkań naszej grupy modlitewnej. Jeszcze w czwartek przed śmiercią wspólnie się modliłyśmy. Była bardzo oddana Panu Bogu, pogodna, rozmodlona, serdeczna i czuła. Nie należała do tych pensjonariuszy, którzy leżą i narzekają na swój los. Zawsze szła do ludzi, zawsze szukała sobie zajęcia - wspomina Atolia Sadowska

    Panią Marię dobrze wspomina też proboszcz, ks. Krzysztof Iwaniszyn.

    - Żyła w opinii świętości. Była po prostu dobrym człowiekiem. Jej świętość tu na ziemi wyrażała się całkowitym oddaniu się Bogu, parafii. Oddaniu przez dobroć, przez uśmiech, przez służbę. I taką ją zapamiętam - mówi ks. Iwaniszyn.

    Nikt z pensjonariuszy nie spodziewał się, że pani Marii może kiedyś zabraknąć.

    - Przyszłam rano do kaplicy i zdziwiłam się, że nie było w niej Marysi. Pomyślałam, że pewnie jest w zakrystii, bo tam paliło się światło. Dopiero później dowiedziałam się, że w nocy umarła… - mówi jedna z pensjonariuszek.

    Maria Leżańska umarła w nocy z 16 na 17 listopada. Około północy zatrzymało się krążenie. Zanim dojechała karetka pogotowia, pani Maria już nie żyła. Miała 88 lat.

     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół