Nowy numer 48/2020 Archiwum

Cele otwarte dla wszystkich

Ci z internatu mają coś więcej niż tylko licealną wiedzę – mają doświadczenie samodzielności i odpowiedzialności, a to dobry fundament dla dorosłego życia.

– Można się rozsmakować w tych sprawach, można się z nimi realnie zmierzyć, poczuć siłę i żołnierskiego ducha, a dzięki temu naprawdę zweryfikować swoje wyobrażenia o wojsku – zaznacza. – Bo nawet jak się naczytasz, naoglądasz, to nie to samo, gdy zaczniesz ćwiczyć, tropić i strzelać. Kacper mieszka w internacie. – Tu także mamy klimat koszarowy – mówi. – Apel sprawdzający stan osobowy rozpoczyna i kończy każdy dzień nauki. Wieczorem, po apelu, zostaje już tylko wieczorna toaleta i nocny spoczynek – tłumaczy. Chętnie rozwija wątek pasji, którą chłopcy i dziewczyny z klas wojskowych dzielą się w internacie i w szkole. – Dobrze się rozumiemy, a dziewczyny mogą się sprawdzić. Gdy ja tu przyszedłem, na profilu wojskowym było tylko pięć dziewcząt, teraz jest ich naprawdę dużo – zaznacza. Szkoła jest koedukacyjna, internat – nie. Dziewczęta i chłopcy mieszkają w różnych miejscach.

Kasia woli mundur...

– Gdy do mojego gimnazjum przyjechała pani pedagog i ksiądz dyrektor, żeby zachęcić do wyboru tego liceum, pomyślałam: a czemu by nie? – wspomina. – Przecież i tak chciałam iść do klasy wojskowej, ale w Świdnicy. Dziewczyna w wojsku: w mundurze, z karabinem na strzelnicy, w błocie na poligonie, na placu manewrowym, zakurzona w okopie, czujna w koszarach, uzbrojona po zęby… – Z misją ratowania ojczyzny, Polaków i Polek, dzieci i starców. To o to chodzi. I jeśli trzeba będzie zabić – zabiję – deklaruje dziewczyna. Bo Kasia chce na linię frontu – w razie godziny „W”. Nie w dowództwie, na tyłach, ale na pierwszy ogień. – Tak to dzisiaj widzę i nie kłóci mi się to z moją kobiecością. Owszem, my dajemy życie, a nie odbieramy, ale przecież też mamy tego życia bronić, nie tylko je urodzić. Wojsko mi to umożliwia, choć przyznaję – w szczególnych okolicznościach i w wyjątkowym wymiarze – mówi. Jest jedną z tych, które przyszły do liceum w Henrykowie, bo mundur dla nich jest ważniejszy od sukienki, a siła i opanowanie – od makijażu. – Nie jestem chłopczycą! – zapewnia. – Mam wiedzę mało popularną wśród kobiet, to fakt; jestem silna psychicznie i fizycznie, a będę jeszcze silniejsza. Jestem przekonana, że będę dobrym żołnierzem – ale to wszystko nie za cenę wyrzeczenia się kobiecości! – zastrzega. Zmieniamy temat. Co robić na wsi po szkole? Kasia mieszka w internacie. – Że niby nudy? Też tak myślałam i wieś może kojarzyć się z wymarłą ulicą, pogaduchami na moście albo przystanku autobusowym czy chodzeniem spać równo z kurami, ale nie u nas! – zaznacza i wylicza zajęcia dodatkowe: w poniedziałek ma lekcje jazdy konnej, we środę SKS, w czwartek – strzelanie, a jeszcze trzeba gdzieś zmieścić wolontariat w Domu Opieki im. św. Jadwigi, ulokowanym tuż po sąsiedzku. – Bywa, że brakuje mi czasu, żeby się uczyć! – martwi się, a nie powinna, bo przecież w planie dnia internatu czas na naukę własną jest zagwarantowany. Codziennie dwie godziny.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama