Nowy numer 43/2020 Archiwum

Radość Ewangelii (29.01.2018)

Mk 5,1-20: Jezus i uczniowie Jego przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. Gdy wysiadł z łodzi, zaraz wyszedł Mu naprzeciw z grobowców człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on stale w grobowcach i nikt już nawet łańcuchem nie mógł go związać. Często bowiem nakładano mu pęta i łańcuchy; ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić…

…Wciąż dniem i nocą w grobowcach i po górach krzyczał i tłukł się kamieniami. Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon i zawołał wniebogłosy: „Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie!” Powiedział mu bowiem: „Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka”. I zapytał go: „Jak ci na imię?” Odpowiedział Mu: „Na imię mi „Legion”, bo nas jest wielu”. I zaczął prosić Go usilnie, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy. A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. Prosiły Go więc złe duchy: „Poślij nas w świnie, żebyśmy mogli w nie wejść”. I pozwolił im. Tak, wyszedłszy, duchy nieczyste weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze. Pasterze zaś uciekli i rozpowiedzieli o tym w mieście i po osiedlach. A ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie „legion”, jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic. Gdy wsiadał do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł przy Nim zostać. Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: „Wracaj do domu, do swoich, i opowiedz im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą”. Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus mu uczynił, a wszyscy się dziwili.

Jezus po dramatycznej przeprawie przez Jezioro Galilejskie dociera do kraju Gerazeńczyków. Wicher, burza - to wszystko jakby usiłowało Jezusowi i uczniom przeszkodzić w dotarciu tutaj. A jednak od strony Jezusa takie trudności i przeciwności są pożyteczne: uczą uczniów odkrywać Jego obecność i polegać na Nim a nie na sobie - a Jezusowi służą do wyznania Miłości, do ukazania człowiekowi jego wartości. Uczniowie mają okazję odkryć, ile dla Jezusa jest warte bycie z nimi: nawet w takich chwilach, gdy zdaje się, że wszystko jest stracone, że giniemy - okazuje się, że Jezus jest z nami. Że nas nie opuszcza, mało tego: okazuje się, że On idzie przodem. Nie tylko nie odchodzi gdy pojawia się zagrożenie - ale sam pierwszy to zagrożenie bierze na siebie. Zanim jeszcze uczniowie zostaną zagrożeni w swoim życiu z powodu Jezusa - On pierwszy „zasypia” przy Sterze, na Krzyżu, żeby ich ochronić: pozwólcie tym odejść... Właśnie to jest Bóg: po pierwsze pokazuje człowiekowi, jaka jest wartość człowieka w oczach Boga. Po pierwsze On bierze na siebie cenę istnienia człowieka. Po pierwsze pokazuje, że bycie człowieka i bycie z człowiekiem i bycie dla człowieka jest dla Niego, dla samego Boga, warte największego wysiłku i poświęcenia. W Jezusie Bóg pokazał, że jest gotowy wszystko odłożyć, ze wszystkiego się ogołocić, dać się totalnie poniżyć - byle tylko być z człowiekiem i dla człowieka. I to z człowiekiem i dla człowieka, który odpłaca Bogu Krzyżem... Niepojęta Miłość Boga, wyznana w Chrystusie ogołoconym i poniżonym! Okazuje się zresztą, że dla Boga to wcale nie jest ogołocenie ani poniżenie - dla Boga to jest Chwała: Bóg chlubi się ze swojej Miłości do człowieka. Dla Miłości nie jest poniżeniem to że kocha - przeciwnie: to jest chwała i chluba Miłości, że kocha. Bóg nie ogołaca się, nie odkłada niczego, wręcz przeciwnie: Bóg wybiera. WYBIERA, ZYSKUJE. W oczach Miłości to jest ZYSK: wybieram umiłowanego, wybieram mój największy skarb, tego którego ukochałem: człowieka. Okazuje się, że to jest najwyższe bogactwo Boga, za które Bóg jest gotowy zapłacić wszystkim: swoim Życiem, samym sobą w Chrystusie, swoją Krwią i swoim Ciałem... Właśnie tak Jezus nas zbawia: ukazuje nam naszą wartość, jaką mamy dla Niego. On nic nie traci - On wybiera to, co dla Niego ma największą wartość: człowieka. Właśnie to odkrywa Dobry Łotr na krzyżu: Boga, dla którego on, przestępca który własnymi czynami sobie na krzyż zasłużył, ma taką wartość, że sam Bóg mu towarzyszy w jego krzyżu... na który Bóg niczym sobie nie zasłużył... Że on, łotr, jest dla Boga wart ogołocenia i poniżenia, cierpienia i hańby, byle tylko być z nim, z łotrem. Tyle kosztuje bycie Boga ze mną: Bóg bierze na siebie doświadczanie razem ze mną mojego krzyża, który sobie uszyłam moimi czynami. I dla Niego jestem tego wart. Czy Bóg porzuca Niebo? Porzuca poczucie bezpieczeństwa? Rezygnuje z czegoś? Nie. On wybiera człowieka, największy swój skarb. Czy mąż rezygnuje z innych kobiet? Nie. Wybiera swój największy skarb: ukochaną żonę.

Jezus - Syn Boga i Syn Człowieczy - nie boi się spokojnie zasnąć na Krzyżu, nie boi się spokojnie położyć się w grobie, nie boi się pójść do najbardziej pogardzanych, nie boi się sądu i tortur - bo to wszystko nie narusza Jego godności i wartości. On zna swoją wartość w oczach Ojca i wie, że Ojciec nie da zginąć Umiłowanemu Synowi. TEN JEST Mój Syn UMIŁOWANY. Jego słuchajcie: On wam przypomni, kim jesteście!

A my daliśmy się niestety przekonać fałszywemu głosowi, który doprowadził nas do utraty wartości. Zły duch zawsze odbiera człowiekowi poczucie wartości, doprowadza do takiego znienawidzenia siebie, że człowiek jest gotowy zniszczyć siebie: tłuc się kamieniami. Najpierw zły duch podważa poczucie wartości i godności człowieka: czegoś ci brakuje, coś nie możesz, czegoś nie masz, kimś nie jesteś... A potem prowokuje, żeby sobie to nadrobić po swojemu, jakimś „owocem”... Człowiek skupiony na tym, czego nie ma albo kim nie jest od razu przestaje widzieć Tego którego ma i to kim jest w Jego oczach... Od razu traci poczucie wartości - i zaczyna szukać... Nie widząc Tego, którego ma - wiecznie będzie przekonany, że mu coś brakuje. Ile by nie nazbierał... Nie widząc Tego, który JEST - wiecznie będzie przekonany, że za mało jest, że nie jest... i że musi szukać oparcia dla swojego istnienia i dla swojej wartości. A jak człowiek znajdzie oparcie dla siebie i swojej wartości w czymś - to zaraz pojawi się lęk przed stratą tego...

Haczyk też jest w tym, że zły duch prowokuje do szukania swojej wartości, swojej godności, swojego bezpieczeństwa na drodze, która tym bardziej odbiera człowiekowi poczucie godności, wartości i bezpieczeństwa. Dzisiejsza Ewangelia bardzo dobrze to pokazuje: co się dzieje z człowiekiem pod wpływem złego ducha. My wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej pod jego wpływem - ale są tacy, którzy całkowicie dostali się pod jego działanie. Tacy, jak bohater dzisiejszej Ewangelii. Nie do opanowania, rzucający się w skrajności, latający po górach, rzucany swoją pychą i egoizmem, aż ląduje w grobach. Wiecznie nienawidzący siebie - aż do prób samozniszczenia, tłuczenia się kamieniami. Próbujący stworzyć siebie samego po swojemu - odkrywający, że wychodzi z tego tylko i wyłącznie coraz większa karykatura... coraz większa w związku z tym nienawiść do siebie... Próbując za wszelką cenę uniknąć śmierci - tak naprawdę się zabija... ląduje w grobowcach... Właśnie dlatego Jezus mówi, że kto chce zachować swoje życie - ten je traci, a kto zgodzi się je stracić z powodu Jezusa, ten je znajdzie i zachowa na Życie Wieczne... Jezus zasypia w łódce, zasypia na Krzyżu - a jest to sen z Miłości do ludzi. Życie Prawdziwe: Życie Miłości, która kocha. Kocha nawet w śmierci i dlatego śmierć nie ma nad Nią władzy. Ale najpierw trzeba w to uwierzyć, że moja wartość i godność nie płynie z tego, co mam, kim jestem i jaki jestem po ludzku, w moich czy innych oczach itd. - moja godność i wartość płynie z Jednego: z Jego obecności we mnie, za którą On płaci cenę wydanego Ciała i przelanej Krwi. To jest moja godność i wartość: Jego Obecność uzdalniająca mnie do życia Jego Życiem, Życiem Miłości które jest kochaniem. Moja wartość i godność płynie z tego, że jestem Jego obrazem i podobieństwem: jestem zdolny kochać tak, jak jestem kochany. Właśnie tak to działa: najpierw trzeba wysłuchać z Jego ust opowieści o tym, jak jestem przez Niego kochany - a wtedy odkryję moją tożsamość, moją wartość i godność. I wtedy pokocham Jego i siebie - i razem z Nim i ze sobą, pogodzony Jego Miłością z Ojcem i ze sobą, pogodzę się z braćmi i siostrami. Przestaną być w moich oczach zagrożeniem, odbierającym mi wartość, konkurencją itd. - staną się tymi, dzięki którym jestem w stanie nieustannie odkrywać swoją wartość jako tego, który jest zdolny współ-kochać z Jezusem braci i siostry. Zarażony myśleniem złego ducha widzę w braciach i siostrach zagrożenie i konkurencję, budzą oni we mnie lęk i poczucie odrzucenia - zarażony Miłością widzę w nich tych, których mogę kochać i w ten sposób naprawdę być sobą. Jak Jezus, który widzi w nas umiłowanych nawet wtedy gdy Go krzyżujemy.

Zarażony myśleniem złego ducha będę widział w Jezusie zagrożenie, przychodzące coś mi odebrać, czegoś mnie pozbawić. Zagrożenie, które czegoś ode mnie chce, coś ode mnie wymaga. Napełniony wstrętem do siebie, nieakceptacją siebie - bo nie jestem taki, jak chcę, bo nie mam tego co chcę, bo nie robię tego co chcę - będę przekonany, że Jezus przychodzi mnie wyłącznie rozliczać i wykazywać moje braki, że przychodzi dołożyć mi wymagań... A On przychodzi mnie obdarowywać: sobą samym. Swoją Miłością.

I tak Jezus wyzwala: pokazując człowiekowi jego wartość. Jak pokazuje? Przeprawiając się do człowieka, odnajdując go w grobach, „płacąc” za człowieka cenę dwóch tysięcy świń... Dając siebie. Czy mam zrezygnować ze świń, by zyskać Jezusa? Błąd. Błąd popełniony przez mieszkańców Gerazy. Jak ja dla Jezusa jestem skarbem, wobec którego wszystko inne jest bez wartości - tak Jezus dla mnie. Ja nie „kupuję” Jezusa za cenę rezygnacji ze świń, tak jak nie „kupuję” żony za cenę rezygnacji z innych kobiet. Tak jak małżonek WYBIERA umiłowaną, tak ja - wybieram to, co dla mnie ma największą wartość. Kiedy będę zdolny wybierać Jezusa? Gdy się w Nim zakocham. Gdy odkryję, jaką wartość mam dla Niego. Jezus wyzwolił człowieka dając mu siebie, pokazując mu że za cenę przeprawy przez wicher i burzę jest gotowy przyjść do niego i dać mu siebie. Jezus staję się Darem dla mnie na każdej Eucharystii - za cenę przeprawy przez Krzyż i Grób. Za cenę przeprawy przez wydane Ciało i przelewaną Krew. Żeby stać się Darem dla mnie. Jestem tego wart dla Niego - i to jest moja godność w Jego Miłości. Ile jest wart Jezus dla mnie? Ile jest dla mnie warta Jego Miłość, godność którą mam u Niego? I dlatego Jezus mnie posyła - do Gerazy, która nie jest gotowa wybrać Jezusa, która boi się stracić resztę swoich świń... Abym świadczył - i tak przekonał. Abym świadczył wobec innych Gerazeńczyków o mojej wartości, jaką mam u Jezusa: o tym, że ja wybieram Jezusa w mojej codzienności, bo On pierwszy wybrał mnie. Świadczyć, że nie buduję mojej wartości na tym, na czym budują inni ludzie - przeciwnie, jestem gotowy uznać to wszystko za marny interes w porównaniu do najwyższej wartości bycia z Jezusem - tam, gdzie On mnie zaprasza, bym razem z Nim współ-kochał braci i siostry. Czy to jest rezygnowanie? Strata? Nie. To jest właśnie zysk. Zyskuję bycie z Jezusem. Zyskuję moją prawdziwą wartość. Jeśli jednak dam się zapatrzeć w dwa tysiące świń, które utonęły w otchłani, jeśli uznam że to jest prawdziwy zysk i że to jest prawdziwa wartość, to moje serce przylgnie do świń i wtedy dam się pociągnąć w otchłań. W nieustanny lęk, że stracę wartość - w nieustanny brak wartości. A wystarczy skupić się na Tym, który jest gotowy się przeprawiać, gotowy jest zasnąć na Krzyżu, byle tylko być ze mną. SKupić się na Tym, który wybiera mnie jako swój największy skarb, którego Serce przylgnęło do mnie i który daje się razem ze mną położyć w grobie by swoją Mocą dźwignąć mnie do Nowego Życia. Wszystko polega na przylgnięciu Serca. Jego Serce przylgnęło do mnie - tak bardzo, że pójdzie ze mną nawet na Krzyż, w otchłań, w grób. A moje serce? Gdzie przylgnęło moje serce? Co jest dla mnie najwyższą wartością? Tak naprawdę, tak w praktyce? Na czym buduję swoje poczucie wartości i bezpieczeństwa? Wszystko inne poza Nim, poza Jego Miłością, przemija, tonie w otchłani. Wszystko inne jest możliwe do zabrania mi przez złego ducha, do wpędzenia w otchłań - poza Jego Miłością. Tylko Jego Miłość nie poddaje się nikomu i niczemu. Tylko On jest większy od wszystkich - i tylko dla Niego jestem największym skarbem. Tylko Jego nikt i nic nie może mi odebrać. Rzecz cała w tym właśnie, żebym to odkrył i na Nim się oparł do końca. Na Skale. Jeśli moje serce widzi w czymś innym swoje zabezpieczenie, swoją wartość - to zawsze stanie się to pułapką dla mnie, źródłem dręczenia mnie lękiem przed stratą... Dopiero gdy uwierzę w Niego, w Jego Miłość, w wartość jaką mam dla Niego, w oczach Jego Miłości - dopiero stanę się wolny naprawdę. Nie da się mnie wtedy ani zastraszyć, ani znęcić. Nie dam się zagonić po górach, nie dam się sprowokować do tłuczenia samego siebie, nie dam się sprowokować do wpędzania do grobu - zyskam spokój, poczucie bezpieczeństwa w Jego ramionach. Gdy odkryję ramiona Miłości obejmującej mnie za cenę Krzyża - i to jest właśnie moja cena. Moja wartość. Moje bezpieczeństwo jest w Jego pragnieniu ogłoszonym z Krzyża: ABY BYLI. To jest pragnienie Jego Miłości: abyście BYLI tam, gdzie JA JESTEM... I tego pragnienia nawet Krzyż nie jest w stanie zgasić - bo nic nie jest w stanie zgasić Jego Miłości, nic nie jest w stanie zgasić mojej wartości w oczach Jego Miłości, bo On wybrał. To jest Jego decyzja - a On jest wolny, nikt ani nic nie jest w stanie odebrać Jemu wolności, dlatego nikt ani nic nie jest w stanie zgasić Jego Miłości.

Właśnie tak Jezus daje siebie i daje nam poczucie wartości: jest z nami. Za każdą, nawet za cenę przeprawy na Krzyżu. Tyle jesteśmy warci. I nas posyła - abyśmy dali poczucie wartości innym, tym którzy go nie odnaleźli i szukają po górach, wpędzając siebie w grób. Jezus nie buduje ekskluzywnego klubu zamkniętego we własnym gronie. Jezus posyła - jak sam został posłany przez Ojca i wypełnił to posłannictwo nawet za cenę przeprawy, by odnaleźć człowieka w grobach. Posyła, bym moim pogrubionym braciom i siostrom dał poczucie wartości: ja, który je odnalazłem, nie będę się bał być z nimi, bo wiem, że On jest ze mną. Nie będę ich traktował jak wrogów, jak gorszych, jak konkurencję - ale jak braci i siostry, bo nikt i nic nie może mi odebrać Jego. Nikt i nic nie może mi odebrać Jego Miłości. Właśnie o tym Jezus przekonuje nas wciąż na nowo na każdej Eucharystii - i właśnie dlatego na koniec nas posyła, byśmy szli pełni Jego pokoju, przekonani o Jego Miłości w której On sam nam się darował i żyje w nas, abyśmy byli. Aby był z nami. Pokój płynący z odkrycia i przekonania o Jego Miłości, dla której jestem warty Krzyża. Daru z siebie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama