Bóg się ceni, naprawdę się ceni. Jego Miłość jest bezcenna - nie da się Jej kupić. Dlatego Bóg Jej nie sprzedaje - nie sprzedaje siebie. Jest absolutnie bezinteresowny, jest absolutnie wolny. Jego Miłość może być tylko i wyłącznie Darem - bo nikt i nic nie jest w stanie za Nią zapłacić. Dlatego Bóg rozdaje Miłość darmo, bez płacenia za wino i mleko. Kto mógłby zapłacić za Miłość? Pogardzą nim tylko… Pogardzą dlatego, że chcąc płacić za Miłość już pogardził Miłością - potraktował Miłość jako coś sprzedajnego, coś za co jest w stanie się wypłacić. Na ile wyceniam Miłość Boga, skoro w swojej pysze uważam, że jestem w stanie za Nią zapłacić, uczynić coś co jest równie wartościowe co Ona? Wzgardziłem Miłością, gdy tak pomyślałem… Gdy pomyślałem, że jestem w stanie okazać się równy Bogu - uczynić coś, co byłoby równowarte z Nim, z Jego Miłością… Za co Miłość byłaby zobowiązana mi zapłacić. Pycha i egoizm marzą o tym, żeby okazać się niezależne i uzależnić wszystkich, wszystkich uczynić dłużnikami. Bóg w swojej Miłości staje się Darem: darowuje wszystkie długi, bo nikt nie jest w stanie ich spłacić - i staje się jako Dar totalnie zależny, aż do poddania się ukrzyżowaniu. I tak okazuje swoją nieskończoną godność: w nieskończonym Darze i nieskończonej zależności. Zależności, która nie wypływa ze zobowiązania, ale z decyzji, którą w swojej wolności podejmuje Bóg. Kiedy robię coś jak niewolnik albo najemnik - bo muszę albo żeby zarobić - to już jest po mojej godności dziecka Bożego. Dałem się sprowadzić do poziomu niewolnika albo sprzedawczyka. Tymczasem sztuka polega na zachowaniu godności tak, jak tę godność zachowuje Bóg: moje uczynki miłości nie mają ceny, dlatego są darem. Darem absolutnie darmowym, nie obliczonym na zarobek. Ani nie płyną z mentalności niewolniczej. Są moją radością - bo wykonuję je razem z Ojcem, który w Chrystusie mnie zaprosił do współmiłowania, do bycia Darem w Jedności z Nim. To jest moja nagroda - że w Jedności z Nim jestem jak On. To jest moja radość - że mogę z Nim BYĆ. Mogę z Nim BYĆ na modlitwie, mogę z Nim BYĆ w czynieniu Miłości, mogę powalczyć o to, by BYĆ z Nim odcinając to, co mnie zwodzi. W poście nie chodzi o utrapienie, o smutek - ale o radość bycia z Ojcem w Chrystusie, w Jedności Ducha. O radość, że JESTEM z Nim - w Jego Miłości, w Jego pragnieniach i działaniach. Modlitwa jest potrzebna, by uczyć się Boga - by poznawać Go, dawać się przekonywać o Jego Miłości, rozkochiwać się w Nim i tak stawać się coraz bardziej jak On. Uczynki Miłości są potrzebne by czerpać radość ze współ-działania z Bogiem, ze współ-kochania, które jest samym sednem Życia Boga: Życie Miłości to kochanie. Ojciec i Syn i Duch Święty żyją w nieprzerwanym współ-kochaniu, które nie jest mglistym uczuciem, ale współ-działaniem wypływającym ze współ-pragnienia. I post jest konieczny - by utrzymać kierunek, by odcinać to, co prowokuje mnie do wychodzenia z Jedności, do sięgania poza Jedność Boga. Jeśli kocham, to robię to z radością - walczę o wytrwanie w Jedności.
Co odbiera radość? No właśnie wchodzenie w niewolnictwo - bo muszę tak robić… albo wchodzenie w najemnictwo - czym mi teraz zapłacicie za to, że się modlę, poszczę, daję jałmużnę? Nagroda jest w tym, że mogę to czynić - czynić coś, do czego cały świat nie jest zdolny. Żadne stworzenie nie jest zdolne do bezinteresownej miłości wobec Boga, drugiego człowieka i siebie samego - tylko człowiek. A tym jest modlitwa, post i jałmużna: spełnieniem Trójjedynej Miłości do Boga, siebie i bliźniego. Gdy się modlę - to jest miłość nie tylko do Boga, ale też do siebie, bo daję sobie wtedy to, co chce uczynić dla mnie przedwieczna Miłość Boga - i to jest też miłość do bliźniego, bo w ten sposób Miłość Przedwieczna uzdalnia mnie do relacji z bliźnim. Gdy daję jałmużnę - to samo. Gdy poszczę - to samo. W tych trzech uczynkach doświadczam zdolności do Miłości Trójjedynej. Jałmużna nie jest tylko miłością do bliźniego - jest miłością do Boga, z którym chcę czynić to razem i jest miłością do siebie, bo tu się spełniam jako Jego obraz i podobieństwo. Post jest miłością do siebie - bo odcinam to, co mnie niszczy jako obraz Boga, a w ten sposób jest to miłość do Boga, któremu okazuję wierność i miłość do bliźniego, bo odcinam to, co czyni mnie niezdolnym do miłości bliźniego. To jest moja nagroda: że w ten sposób trwam w Jedności Trójjedynej Miłości. Jeśli mi mało takiej nagrody - to już nic mnie nie nasyci… Nie ma nic większego od Boga. Jeśli Jego Miłości, Jego Wspólnota to za mało - to będę głodny na zawsze… A to co mnie gubi, to niedocenianie Miłości - kochanie za nagrodę… to już nie jest Miłość i dlatego nie nasyca. Bóg jest zawsze nasycony bo kocha bezinteresownie - zawsze ma radość z tego, że kocha. Bo nie kocha po coś, ale kocha dla kochania. Nie kocha nawet dla radości. Nie ma nic większego nad Miłość - Miłość nigdy nie może być środkiem do czegoś, bo wtedy sam pozbawiam siebie radości z kochania. Radość pełna jest wtedy, gdy celem Miłości jest Miłość.








