Nowy numer 27/2020 Archiwum

Żyją z Bożej opatrzności

Takie jest doświadczenie sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi prowadzących w Wałbrzychu Dom Pomocy Społecznej. Ale Boża pomoc przychodzi także przez innych ludzi. Dlatego proszą o wsparcie.

Córki duchowe bł. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego zgodnie z wolą założyciela swoją opieką otaczają najbiedniejszych, opuszczonych, najbardziej potrzebujących czy to duchowo, czy materialnie. Do Wałbrzycha przyjechały niedługo po II wojnie światowej ze Lwowa, gdzie prowadziły podobny dom pod wezwaniem Opatrzności Bożej. Jak mówi s. Ewelina Uruska RM, dyrektor placówki, przez 74 lata doświadczają Bożej opieki. – Nasz dom jest naprawdę umiłowany. Każdy, kto tu przyjeżdża mówi, że czuje ciepło domu rodzinnego. Doświadczamy Opatrzności Bożej na co dzień bardzo konkretnie. Już od początku roku mieliśmy trudną sytuację finansową, a kiedy nastał czas pandemii nie mieliśmy kompletnie niczego. Nagle ludzie zaczęli nam pomagać. Na ten czas żyjemy z Opatrzności Bożej i dziś niczego nam nie brakuje – mówi s. Ewelina. Zanim została dyrektorem DPS-u była księgową. Wyliczeniami kosztów utrzymania domu, opłatami związanymi z wynagrodzeniami i podatkami potrafi sypać z rękawa. Jest przekonana, że po ludzku musi zrobić, co w jej mocy, aby zapewnić mieszkańcom i pracownikom najlepsze warunki, ale wie, że prawdziwym dyrektorem, który zarządza domem i ostatecznie dopina wszystkie sprawy, jest sam Bóg. A On już wielokrotnie pokazał, że bardzo Mu zależy na tym miejscu.

Siostry nie są właścicielkami domu. Wynajmują go od miasta i co 5 lat muszą zgłaszać się do konkursu, aby móc go dalej prowadzić. Przez te wszystkie lata wielokrotnie stawały przed decyzją o opuszczeniu domu, ale za każdym razem Bóg interweniował i pokazywał, że to miejsce szczególnie umiłował i potrzebuje franciszkanek, aby okazywały Jego miłość najbardziej potrzebującym. –  Nasz dom jest położony na skale. Cała wilgoć idzie w mury, mieliśmy tak potężnego grzyba, że powinniśmy wyłączyć pokoje na samym dole przez co nie bylibyśmy w stanie się utrzymać. Więc kiedy kolejny raz nie było wiadomo, co robić, bo prawdopodobnie odejdziemy, decyzją obecnego prezydenta miasta wysuszono nam budynek. Potem wymienili okna, teraz przyszła pomoc ludzi. Więc jak tylko przychodzi taka myśl, że stąd odejdziemy, to momentalnie Pan Bóg przysyła ludzi, którzy nam pomagają i to w tak przedziwny sposób, że nie da się tego ogarnąć – opowiada siostra dyrektor.

Takich historii jest więcej. Są takie, które mrożą krew w żyłach, jak ta, kiedy w latach 80. matka prowincjalna jechała już do Wałbrzycha, aby zabrać stamtąd siostry. Po drodze miała jednak wypadek samochodowy. Władze zgromadzenia odczytały to wydarzenie jako znak, że siostry mają nadal pracować w Wałbrzychu. Zakasują więc rękawy i robią wszystko, co mogą, resztę zostawiając Bogu. A On zawsze przychodzi z pomocą na czas, chociażby po ludzku wydawało się, że już lekko jest spóźniony. – Oddelegowałam panią Basię, naszą terapeutkę, aby pozyskiwała środki i dzwoniła do firm, które mogłyby nam pomóc. Pani Basi zaczęła działać w tym kierunku i nagle zgłosiła się pani Iwetta. My nie mieliśmy niczego i nagle w sobotę dzwoni do mnie pani Iwetta, zaangażowana w akcję „Wsparcie dla Szpitali”, która nas wcześniej nie znała. Kiedy wybuchła epidemia w Domach Pomocy Społecznej znalazła nasz dom w internecie i zadzwoniła, żeby zapytać, czy potrzebujemy pomocy. Dla mnie to jest cud. Pan Bóg wysłał nam panią Iwettę. Przyjechała tu z telewizją, zaczęła angażować radnych, ludzi z miasta. To odbiło się echem na całą Polskę – mówi s. Ewelina.

­– Najpierw była pomoc z Urzędu Wojewódzkiego. W niewielkim stopniu, ale każda pomoc się liczy. Dostaliśmy płyny, rękawiczki i trochę maseczek. Ale z każdym dniem ta pomoc się powiększała. Były to osoby prywatne, fundacje i stowarzyszenia. Natomiast od 2 tygodni jesteśmy w ciągłej współpracy z panią Iwetta Markiewicz. My zgłaszamy swoje potrzeby, a ona stara się pozyskać środki dla nas z różnych źródeł – mówi Barbara Piksa, pracująca jako terapeutka w DPS w Wałbrzychu. A potrzeby domu są ogromne. Aby personel mógł bezpiecznie pracować przy mieszkańcach, szczególnie tych leżących, potrzebne są rękawiczki jednorazowe – nie do zdobycia nawet w hurtowniach lub ich ceny są horrendalnie wysokie. Potrzebne także są fartuchy ochronne i maseczki chirurgiczne. – Założyliśmy zbiórkę na koncentrator tlenu. Jeden koncentrator jest używany przez naszą mieszkankę cały czas, jest to związane z jej chorobą, pozostałe dwa się zepsuły. Ciężko jest teraz zakupić taki sprzęt, a mamy też inne wydatki na rękawiczki czy maseczki – dodaje terapeutka.

Wszyscy mieszkańcy dobrze się czują, nie odczuwają skutków pandemii, chociaż dotkliwy jest dla nich ograniczony kontakt z bliskimi. Odwiedziny zostały wstrzymane, odwołane są także zajęcia grupowe. Mimo wszystko dom tętni życiem, a to za sprawą pracowników, którzy nie bacząc na ryzyko, ofiarnie pracują, opiekując się chorymi. – Robiłam wszystko, żeby ich chronić, ale nasi pracownicy mówią, że jak będzie trudna sytuacja, to oni się spakują i przyjdą do nas mieszkać. To jest piękne świadectwo. Oni traktują naszą placówkę jak dom, a nie jak zakład pracy – mówi s. Ewelina. Wie, że inne miejsca mają problemy kadrowe, oni ich uniknęli. Może dlatego, że siostry nie są tylko ich pracodawcami, ale przede wszystkim wskazują im na Boga. W domu odbyło się kilka weekendowych kursów Filipa. Wzięła w nich udział ponad połowa pracowników. – Duża zmiana nastąpiła w ich życiu po tym kursie. Ci, którzy nie byli na spotkaniu, patrząc na to, jak się teraz zachowują, jacy są, widzą, że coś jest nie tak w ich życiu i też chcą tego doświadczyć. Za każdego z pracownika w dniu jego imienin jest też odprawiana Msza św. Oni są przemienieni Krwią Chrystusa – dodaje z uśmiechem.

Zapraszamy do wsparcia Domu Pomocy Społecznej w Wałbrzychu. Kliknij tu, aby wziąć udział w zbiórce.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama