Nowy numer 38/2021 Archiwum

Tutaj spotkałem Jezusa

Charyzmatycy. Zdawać by się mogło, że to ludzie, którzy dysponują tajemnymi mocami. Jednak to, co najważniejsze, odbywa się w codzienności, a cuda dzieją się, kiedy na Bożą miłość odpowiadają miłością.

Oczyszczenie

– Wspólnoty Odnowy są bardzo spontaniczne. Nie ma barier w okazywaniu uczuć. Chodzi o to, żeby odkryć, co moje serce czuje w danym momencie. To pozwala mi nawiązać osobistą relację z Bogiem – mówi Barbara. Z uśmiechem wspomina, kiedy do parafii przyjechał o. Andrzej Smołka, wieloletni misjonarz i modlił się językami. Barbara była przekonana, że mówi coś w którymś z języków afrykańskich. Dlatego zdaje sobie sprawę, że dla ludzi z zewnątrz spotkania wspólnoty mogą wydawać się niecodzienne. Ale ona właśnie we wspólnocie odkryła, że to, co najważniejsze, dzieje się w codzienności. Przez lata wraz z mężem Krzysztofem nauczyli się być uważni na natchnienia Ducha Świętego, a te objawiają się nie w spektakularny sposób, ale w głębi serca. Są też dla nich prostą drogą do odkrywania Bożej woli.

We wspólnocie są już 14 lat. Krzysztof od początku był bardziej zaangażowany, jeździł na warsztaty modlitwy wstawienniczej, uczestniczył w rekolekcjach, doświadczał realnego działania Ducha Świętego. Barbara słuchała opowieści męża i choć miała pragnienie wejść głębiej w życie wspólnoty i doświadczyć tego samego co on, wymawiała się brakiem czasu i licznymi obowiązkami. Wystarczyło jednak, że w końcu pojechała na rekolekcje, a wtedy zrozumiała, że Bóg powierzył jej charyzmaty, o których wcześniej nie miała pojęcia.

– Znajduję się w sytuacjach, gdzie jest jakiś rozłam i słowa, które wypowiadam, a które wiem, że nie są ode mnie, powodują, że dochodzi do pojednania – przyznaje Barbara. – To są bardzo przyziemne charyzmaty – dodaje.

Krzysztof tłumaczy, że posługiwanie charyzmatami jest związane z ogromną odpowiedzialnością. Wie też, że w sercu człowieka może zrodzić się pycha. Ale okazuje się, że Bóg ma swoje sposoby, by oczyścić intencje człowieka. – Rozeznałem z przyjacielem, że pojedziemy wspólnie na kilka dni do Krzeszowa na rekolekcje. A Bóg tak sprawił, że znalazłem się w szpitalu. Przeszedłem poważny zawał serca, w ciągu roku miałem dwie operacje. Lekarz powiedział mi, że daje mi 1,5 roku życia. Gdyby nie kaplica z Najświętszym Sakramentem, gdyby nie formacja we wspólnocie i czytanie słowa Bożego, tobym się załamał. W tym momencie miałem atak myśli, które nie pochodziły od Boga, że sam modlę się nad ludźmi, a nic z tego nie mam. Poczułem, co to znaczy być bezsilnym jak Jezus w Ogrójcu i zgodziłem się na wolę Bożą. Wtedy popłynęły mi ogromne łzy. To był moment oczyszczenia – opowiada Krzysztof. – Dobrze uwielbia się Boga, kiedy nic nie doskwiera. Ale stanięcie w prawdzie, że zostało mi kilkanaście miesięcy życia, było dla mnie zderzeniem ze ścianą – dodaje. Jego żona wspomina, że w tym czasie mogli liczyć na wsparcie modlitewne całej wspólnoty, które było dla nich nie tylko ogromną pociechą, ale mogli też zobaczyć jej konkretne owoce. – Profesor, który leczył męża zaznaczył, że tyle lat operuje, ale podczas tamtej operacji czuł, jak jego ręce Ktoś prowadzi. To jest niesamowita moc modlitwy – dodaje Barbara.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama