W 1925 roku napisał memoriał w obronie polskiej mowy w kościele. Czternaście lat później został aresztowany przez Niemców i trafił do obozu. Po wojnie, w małej wsi na Dolnym Śląsku, kontynuował swoją misję. Kim był ks. Jan Melz i dlaczego jego historia jest wciąż tak aktualna?
W pałacu w Kiełczynie odbyło się spotkanie poświęcone księdzu Janowi Melzowi – jednemu z najbardziej niezłomnych duchownych Śląska. Wśród zaproszonych gości znalazł się Janusz Głód, historyk i badacz regionalnej przeszłości, który od lat zajmuje się dokumentowaniem życia kapłana. Jego opowieść, pełna emocji i nieznanych dotąd faktów, rzuciła nowe światło na niezwykłą biografię ks. Melza. – To był człowiek, którego nie dało się złamać – mówił J. Głód podczas spotkania. Niemcy wrzucali go do dołów z fekaliami za to, że modlił się brewiarzem. A jednak nawet tam, w Buchenwaldzie, nie przestał się modlić. Przekonywał innych więźniów, że nie mogą się poddać. On nie tylko wierzył – on dawał nadzieję – podkreślał.
Przedstawione przez historyka dzieje ks. Melza to nie tylko opowieść o duchownym, ale i o człowieku, który swoje życie podporządkował walce o polskość. Jako młody kapłan w 1925 roku napisał memoriał Germanisation und Klerus in Oberschlesien („Germanizacja i kler na Górnym Śląsku”), w którym alarmował, że germanizacja prowadzona jest nie tylko w szkołach, ale również w kościołach. Przekonywał, że „duch języka, odczucie języka Górnoślązaka jest całkowicie polskie”, a kapłani, którzy porzucają polszczyznę, przyczyniają się do wynarodowienia Śląska.
II wojna światowa była dla ks. Melza prawdziwą próbą. We wrześniu 1939 roku został aresztowany, a następnie trafił do obozu w Buchenwaldzie, gdzie był więziony i torturowany. Zdaniem Janusza Głoda zwolnienie kapłana mogło mieć związek z interwencją kardynała Adolfa Bertrama. – Są dwie wersje. Jedna mówi o cudzie – że św. Tereska, do której Melz się modlił, ocaliła go od śmierci. Druga wskazuje, że kard. Bertram, który miał dojście do Hitlera, użył dyplomacji i wymógł jego zwolnienie. Faktem jest, że został uwolniony tuż przed planowaną egzekucją. Niemcy wściekali się, ale rozkaz z góry był jasny – Melz musiał opuścić obóz – podkreślał historyk.
Wycieńczony ksiądz trafił najpierw do Wrocławia, potem do Barda, a ostatecznie do Kiełczyna, gdzie podjął się pracy duszpasterskiej. W Kiełczynie ks. Melz znów stanął do walki o polskość. Mimo zakazów organizował lekcje religii w języku polskim, odprawiał Msze dla polskich robotników przymusowych i nie ulegał naciskom władz. – To był człowiek, który nie znał kompromisu, jeśli chodziło o sprawy najważniejsze. Gdy Niemcy zabronili mu nauczania w szkole, przeniósł lekcje do salki katechetycznej. Kiedy przesłuchiwano go za udział w procesji z obrazem Matki Bożej, nie dał się zastraszyć. Nawet w PRL-u, gdy próbowano wymusić na nim zeznania przeciw innym księżom, nie ugiął się – opowiadał J. Głód.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.