Mamy szansę

Ks. Roman Tomaszczuk

|

Gość Świdnicki 39/2013

publikacja 26.09.2013 00:00

O tym, co dają spotkania teologów, o oryginalności polskiej myśli teologicznej i o tym, co robić z gliną, mówi ks. prof. Jerzy Szymik.

 – Na tyle jesteśmy Boży, na ile prawda Boga odbija się w prawdzie naszego życia – przekonywał 17 września katowicki teolog i poeta – Na tyle jesteśmy Boży, na ile prawda Boga odbija się w prawdzie naszego życia – przekonywał 17 września katowicki teolog i poeta
Ks. Roman Tomaszczuk /GN

Ks. Roman Tomaszczuk: Spotykacie się co roku – bardzo Wam zależy na tych zjazdach?

Ks. prof. Jerzy Szymik: Dla mnie najistotniejsze motywy naszych corocznych spotkań są dwa. Pierwszy to spotkanie, i to zarówno w wymiarze Kościoła, jak i osobowych relacji. Chcemy się spotykać, żeby podtrzymywać i rozwijać znajomości i przyjaźnie, żeby umieć ze sobą rozmawiać, żeby mieć ze sobą kontakt. Zatem najpierw chodzi o relacje: w wymiarze ludzkim, naukowym, ale i głęboko kościelnym. Jestem przekonany, że teologia poza Kościołem nie ma szansy, nie ma racji bytu. To Kościół daje nam przestrzeń wspólnoty, wrażliwości, zrozumienia, udrożniania kanałów łaski. A chodzi o „kościelność” rozumianą najgłębiej jak tylko można – o przestrzeń, gdzie to, co Boskie, przenika to, co ludzkie. Drugi motyw: chcemy się od siebie wzajemnie uczyć. Nikt z nas nie zjadł wszystkich rozumów; tu jest się od kogo uczyć. Warto i trzeba to robić.

Warto to robić dla samych intelektualnych ćwiczeń? Co z tej roboty ma przeciętny katolik – np. z wykładu, który Ksiądz Profesor wygłosił podczas tej konferencji?

Sporo, ufam. Nic nie jest bardziej praktyczne niż dobra teoria. Mówiłem do wykładowców teologii, oni uczą księży, księża uczą „przeciętnych katolików”, a ci mają prawdę albo fałsz i według tego żyją. Lepiej, żeby żyli według prawdy, prawda? Mówiłem m.in. o nauce o Duchu Świętym, o tym, że prawidłowa strzeże człowieka przed skutkami jej oderwania od chrystologii, a to i kiedyś, i dzisiaj jedna z poważniejszych pokus (zarówno myślenia, jak i życia) w chrześcijaństwie. Powstaje wtedy „religia Ducha Świętego”, a ta, jak przekonuje Benedykt XVI, „musi być religią, która w całości wypływa tylko z serca; nie ma w niej żadnych dogmatów i żadnych przykazań, żadnych urzędów i żadnej hierarchii, żadnej biurokracji i żadnej administracji, istnieje jedynie Duch i prawda. Kto tak myśli (po trosze z pewnością czynią tak wszyscy), ten nie zna istoty człowieka. Bo przecież człowiek nie jest czystym duchem. Jego wyróżnikiem jest właśnie to, że duch żyje w ciele, a ciało – dzięki duchowi”.

Z religią Wcielenia ma to już niewiele wspólnego.

I nie o tym jest chrześcijańska nauka o Duchu Świętym, którego największym dziełem w historii jest inkarnacja Syna. Prawda teologiczna strzeże jak zawsze prawdy o człowieku: nie pozwala ludzkiemu duchowi „odlecieć” od ludzkiego ciała, „rozedrzeć człowieka na dwoje”. A co za tym idzie, strzeże też prawdy o Kościele. Nie uduchowimy się, gdy będziemy uciekać od gliny w nas, ani od ciężkiej gliny Kościoła. Glinę w nas i innych należy znosić i zanurzać w tchnienie Chrystusa, w Ducha Świętego.

Przed jakimi wyzwaniami stoi dzisiaj teologia dogmatyczna w Polsce?

Na poziomie struktur i dydaktyki chodzi przede wszystkim o dobre „skonsumowanie” i przyjęcie tego, co się wydarzyło w teologii na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Mam tu na uwadze fakt, że teologia jest obecna na wielu uniwersytetach, powstały więc nowe wydziały, stare się wzmocniły, w warunkach wolnościowych daje to niezwykły potencjał, który w moim odczuciu trzeba wykorzystać. Jak? Przede wszystkim po roku 1989 nie jesteśmy już oddzieleni od tego wszystkiego, co dzieje się w teologii zachodniej czy jakiejkolwiek innej. Ten swobodny dialog i inspiracje, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne, mają szansę przełożyć się na dzieła formatu tak znakomitych myślicieli, jak Rahner, von Balthasar czy Ratzinger.

To brzmi bardzo optymistycznie, są jednak tacy, którzy przekonują, że Polacy nie potrafią uprawiać teologii.

Jestem głęboko przekonany, że kłopoty polskiej teologii wynikają wyłącznie z tragicznych okoliczności naszych dziejów, a nie z wewnętrznej niezdolności do twórczej pracy intelektualnej. Obie okupacje, brunatna i czerwona, a wcześniej zabory nie sprzyjały wolności intelektu, nauce, w tym teologii. Teraz jest czas i mamy ku temu odpowiednie zaplecze akademickie, żeby rozwijać swoje – polskie, oryginalne.

Po takich tytanach myśli teologicznej, jak wspomniani Rahner, von Balthasar czy Ratzinger, można jeszcze myśleć o „swoim”?

Mam ogromny szacunek do teologii rozwijanej na Zachodzie. Wiele jej zawdzięczam, jednak to, co mamy w naszym polskim środowisku teologicznym, co jest naszą specyfiką, daje nam szczególna pozycję w teologii. Myślę o żywym Kościele, w którym rodzi się, rozwija i owocuje myśl teologiczna. Pełne kościoły – to nie jest błahostka. My nie musimy uczyć się np. pastoralnej od Niemców, tym bardziej że najpewniej popełnili oni błędy, które mają jakiś związek z kryzysem wiary wśród niemieckich katolików. Nasza teologia rodzi się z doświadczenia żywego Kościoła, co dobrze widać na przykładzie np. ks. Blachnickiego i jego dzieła.

Jest jeszcze papież.

Słusznie. Jan Paweł II to teolog, którego myśl organicznie wyrasta z doświadczenia polskiego Kościoła. W życiu i dziele tego człowieka uobecnia się to, co najlepsze w polskiej teologii, a teraz, gdy życie to zostanie opromienione chwałą świętości, trzeba nam jeszcze głębiej wejść w tę spuściznę, bo tam z jednej strony możemy lepiej zrozumieć siebie, Polaków, a z drugiej odkryć, na czym polega fenomen teologii uprawianej nad Wisłą i Odrą. Zrozumieć i kontynuować głębię tej myśli – oto zadanie polskiej teologii.