Wytęsknione kilometry

ks. Roman Tomaszczuk

|

Gość Świdnicki 39/2013

publikacja 26.09.2013 00:00

Czterech mężczyzn w drodze do św. Jakuba – serca pełne intencji.

Bielawianie na początku  swej pielgrzymiej drogi Bielawianie na początku swej pielgrzymiej drogi
zdjęcia ks. Krzysztof Pełech

Regularnie na fejsie pojawiają się zdjęcia z wyprawy czterech bielawian do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Udostępniane także na naszym profilu (SwidnickiGoscNiedzielny) budzą ciekawość i sympatyczne reakcje znajomych i przypadkowych internautów. Jak to się stało, że mężczyźni wyruszyli w drogę? Co niosą w swoim sercu?

Jarosław Dąbrowski – cztery kamienie

Ma 47 lat, jest leśniczym, a wyprawę na Camino planował od trzech lat. Musiał jednak dojrzeć do pozostawienia domu i zaryzykowania przygody życia. Pomógł mu w tym ogłoszony przez Benedykta XVI Rok Wiary i ks. Krzysztof Ora. – Podczas Diecezjalnego Forum Rad Parafialnych ks. Ora przekonał mnie, że w tym czasie powinienem dać coś więcej od siebie; że ten rok mam uczcić jakimś wyczynem. Poszedłem do Santiago – mówi. W trakcie drogi zrozumiał, że nie idzie tylko dla siebie, że jego wysiłek jest potrzebny także żonie i dzieciom. – Bardzo ich kocham – nie waha się wyznać. – W plecaku niosę cztery kamienie. Taki jest zwyczaj na Camino. Oznaczają one intencje, grzechy. Ten balast jest znakiem gotowości do zerwania ze starym życiem. Pierwszy kamień podniosłem na początku drogi, tuż za drzwiami swego domu. Drugi i trzeci otrzymałem od żony. Czwarty dołożyłem już na szlaku – dodaje.

Józef Chlipała – nowe wnuczęta

Emeryt, najstarszy z całej czwórki. Mąż i ojciec trójki dzieci. Do Santiago postanowił wyruszyć już dziesięć lat temu. – Wtedy spotkałem ks. Krzysztofa Pełecha, który wspomniał o Camino, obejrzałem też reportaż w telewizji i wiedziałem, że to jest to – wspomina. – Teraz już nie mogłem czekać. Moja córka ma 40 lat i nie może mieć dzieci. Adoptowała chłopca, ale ja wciąż modlę się, żeby wnuczek miał kolejnych braci i siostry, albo biologicznych, albo adopcyjnych – mówi, nie kryjąc wzruszenia. – Natomiast najmłodsza córka przygotowuje się do matury. Proszę Boga, żeby wykorzystała ten czas jak najlepiej, żeby dostała się na wymarzone studia – dodaje i zaraz potem mówi o tęsknocie za najbliższymi. Chciałby, by mu towarzyszyli, ale droga jest trudna, czasu mało, tempo szybkie, więc wie, że to niemożliwe. – Wiara nas wszystkich podtrzymuje, a Pan nam błogosławi – podsumowuje.

Wiesław Baran – siła od Boga

Emeryt, ma 65 lata. – Jestem pielgrzymem częstochowskim, znam więc siłę wyrzeczenia w drodze – mówi. – Bóg nieraz wysłuchał mnie, gdy do prośby dodałem konkretny trud. Ten akt otwiera nas po prostu na Bożą wolę, wtedy On może działać więcej, dlatego dzieją się rzeczy niecodzienne – zapewnia. Bielawianin jest gotowy na cierpienie związane z pokonywaniem każdego dnia, z ciężkim plecakiem na ramionach od 30 do 42 km. Do hiszpańskiej pielgrzymki przygotował się przez tę świdnicką. Po pierwszym tygodniu wędrówki cieszy się, że nie pada deszcz, chwali warunki panujące w schroniskach dla pielgrzymów, opowiada o dwóch Ukrainkach i Koreańczyku, których codziennie spotykają na noclegu. – Im też się spieszy, dlatego pokonują podobny dystans. Ponieważ inni towarzysze drogi się zmieniają, to już po kilku dniach rodzi się między nami szczególna, duchowa więź – zdradza.

Ks. Krzysztof Pełech – wreszcie spełnienie

Na ten dzień – 12 września – czekał aż dwanaście lat. – Zawsze coś mi przeszkadzało, żeby wyjść na Camino – opowiada podczas telefonicznej rozmowy. – Najpierw miałem kontuzję kolana, potem zostałem proboszczem w Topoli, a po kilku latach w Bielawie. Dwa lata temu było już pewne, że z Józefem Chlipałą wyruszymy i wtedy kolejna przeszkoda – uraz kręgosłupa. Wreszcie rok temu ustaliliśmy twardy termin: wrzesień 2013. Wrzesień, bo po pierwszych dniach wszystko poukładaliśmy w parafii (rok szkolny, katechetyczny, duszpasterski) i nie ma już wakacyjnego tłoku na francuskim szlaku do Santiago de Compostela – mówi proboszcz parafii pw. Ducha Świętego, wielokrotny pielgrzym do Częstochowy. – Nasza ekipa to zrządzenie Bożej Opatrzności. Reprezentujemy wszystkie parafie Bielawy, a w sercu każdego z nas kryje się Boże wezwanie: wyjdź z domu, bo przygotowałem ci dary łaski za sprawą św. Jakuba. Temu wezwaniu nie można się zbyt długo opierać – wyjaśnia. – I co jeszcze? Rok temu zmarł mój ojciec, pielgrzymuję także w jego intencji. Proboszcz niesie w swoim sercu całą swoją wspólnotę, by ta w Roku Wiary nabrała świeżości i radości. Parafianie towarzyszą mu na Facebooku. Śledzą uważnie poczynania pielgrzymów. Komentują, dodają otuchy, podziwiają południowe widoki i rosną z dumy, że ich bracia, mężowie, ojcowie, sąsiedzi i przyjaciele zaryzykowali drogę, żeby się przekonać o wierności Boga. Za tydzień relacja z kolejnego etapu wędrówki do grobu św. Jakuba.