Muskuły pod sutanną

ks. Przemysław Pojasek

|

Gość Świdnicki 43/2017

publikacja 26.10.2017 00:00

Na co dzień niełatwo go zobaczyć ubranego w coś innego niż strój duchowny. Szkoła, parafia, sklep – w każdym z tych miejsc kapłan, który podnosi ciężary, pokazuje, co jest dla niego najważniejsze.

▲	Ks. Krzysztof Faron ma w sobie ducha walki i uwielbia mierzyć się z wyzwaniami. ▲ Ks. Krzysztof Faron ma w sobie ducha walki i uwielbia mierzyć się z wyzwaniami.
ks. Przemysław Pojasek /Foto Gość

Odkąd pamiętam, na pierwszym miejscu był Pan Bóg. Przy kolejnych życiowych zmianach pytałem Go, czy chce, żebym dalej ćwiczył, dalej rozwijał swoją pasję i On zawsze w taki czy inny sposób dawał mi odpowiedź, stwarzając konkretne okoliczności czy posyłając do mnie ludzi – zaznacza ks. Krzysztof Faron, który właśnie dowiedział się, że zmienia miejsce pracy z parafii pw. św. Barbary w Walimiu na parafię pw. św. Jadwigi w Ząbkowicach Śląskich. – Dotychczas mogłem ćwiczyć na siłowni, która towarzyszyła mi od moich najmłodszych lat, ponieważ miałem do niej blisko. Teraz nie będzie to już możliwe, więc trzeba rozglądać się za siłownią w nowym miejscu zamieszkania – uśmiecha się.

Stara kotłownia

To w niej 12 lat temu zaczął trenować na serio w Jedlinie-Zdroju (całą historię pierwszych lat ćwiczeń opisaliśmy już kiedyś w artykule „Ksiądz-siłacz” w „Gościu Świdnickim” 38/2013). „W dniu, gdy skończył lat 17, 4 kwietnia, rozpoczął trening na poważnie. W dawnej kotłowni – po upewnieniu się u lekarza, że zasadniczo urósł już tyle, ile dane mu było. – Podstawa to odpowiednia dieta: 5–6 posiłków dziennie, 2 g białka na każdy kilogram wagi ciała, do tego sen i dobry program treningowy – wylicza. Rósł jak na drożdżach, tzn. nabierał masy, żeby potem móc ją modelować. Siła i wygląd – na tym mu zależało i było to w zasięgu jego możliwości. Co ważne, do treningów nie potrzebował zgranej paczki, poza tym mogły się one odbywać niezależnie od pogody. Na siłce był cztery razy w tygodniu po półtorej godziny za każdym razem” – pisał wówczas ks. Roman Tomaszczuk. Kiedy ks. Krzysztof pracował w Wałbrzychu, stworzył siłownię dla ministrantów i Romów, wśród których wieści rozeszły się szybko. Pomysł jednak umarł wraz z jego odejściem z parafii, więc rozwijać pasję musiał znów w starej kotłowni. Przyjeżdżał tam z Walimia pięć razy w tygodniu, wykorzystując do tego swój czas wolny. – Często mi się nie chciało, byłem zmęczony po szkole i obowiązkach parafialnych, ale wiedziałem, że tylko w taki sposób naprawdę odpocznę i nie zmarnuję czasu – zaznacza ksiądz. W międzyczasie robił też kursy na trenera personalnego, z dietetyki, itp. rozwijając swoją wiedzę. I było warto.

Pokorny rekordzista

Od 2014 r. mocniej zaangażował się w treningi trójboju siłowego klasycznego (przysiad ze sztangą, wyciskanie na klatkę leżąc i martwy ciąg). – Najpierw trochę się bałem i chciałem wystartować w zawodach dopiero po czterdziestce – w kategorii weteranów, ale trener zauważył, że mam do tego sportu predyspozycje i talent. Chciał, bym zrobił to czym prędzej. Po prawie trzech latach ćwiczeń wystartowałem w swoich pierwszych zawodach w Pucharze Polski, które się odbywały w Rudzie Śląskiej. Zdobyłem srebrny medal. Na drugich zawodach, 6 października w Sosnowcu, zdobyłem brązowy medal Mistrzostw Polski i pobiłem rekord Polski w martwym ciągu, podnosząc 267,5 kg w kategorii wagowej do 74 kg. Bardzo chciałbym brać udział w kolejnych zawodach, bo wiem, co jeszcze mam do poprawienia i może w przyszłym roku uda mi się zdobyć złoto. Marzą też mi się zawody międzynarodowe, które już w grudniu odbędą się w Hiszpanii, ale o tym, czy będę mógł tam pojechać, zdecyduje nowy proboszcz – tłumaczy ks. Krzysztof. Dodaje, że choć czasem pojawiają się przeszkody, to jednak zawsze bardzo pokornie do nich podchodzi, widząc w nich wyzwania czy znaki od Pana Boga, że jeszcze nie czas na takie czy inne działania. – Czasem brakuje czasu, może pieniędzy, zrozumienia, a nawet chęci. Tak jak ze wszystkim. Najważniejsze jednak dla mnie jest to, że kocham ten sport, ale jeszcze bardziej kocham kapłaństwo, dlatego nie rozstaję się z sutanną. Nie manifestuję swojej budowy ciała, bo nie trenuję po to, by inni mnie podziwiali. A sutanna doskonale mi w tym pomaga – uśmiecha się. Ćwiczenia są dla niego drogą do człowieka, sposobem pokazania, że ksiądz też może mieć pasje, a prawdziwa siła pochodzi od Boga.